*Ksiega Gosci*
* Dodaj wpis
* Zobacz
*Archiwum*
Tu.
*Linki*
Blogi
Andzia
Gine w milosci do Ciebie (haslo)
Angelikaaaa
Nothing more
Tajemnicza milosc Hermiony
Hermiona-Draco
Siora moja kochana
Amaltea
* O mnie *
Tu.
Bo lepiej miec w sercu rane, niz kamien zamiast serca
Bo lepiej miec w sercu rane, niz kamien zamiast serca.
Brak mi slow na cokolwiek.
Posluchajcie sobie Soundtrack do mojego ukochanego filmu Edward Nozycoreki, zwlaszcza utwor "Ice dance".
nie bede juz dluzej udawac - nie wroce do czegos mi waznego.. sram na wasze komentarze, mam w dupie co o mnie myslicie. Pisze bo to kocham, niekoniecznie musi mi wychodzic.
* * *
Kruczoczarna grzywka opadla mu wraz z lekkim podmuchem zimowego wiatru na wysokie czolo. Zawsze potrafilo go to niezwykle zirytowac, po czym sykal wsciekle i odgarnial wlosy niedbalym ruchem prawej dlon, przejezdzajac po zarysie zygzakowatej slynnej blizny w ksztalcie blyskawicy. Teraz nie wykonal jakiegokolwiek najmniejszego gestu. Stal w bezruchu od conajmniej dwudziestu smutnych minut, ktore wraz z kazdym tak doskonale wyraznym odglosem bicia jego serca zdawaly sie zamieniac ten zalosny czas w duszaca kazdy skrawek jego egzystencji wiecznosc. Po chwili jednak zdal sobie sprawe, ze wlosy przeslonily mu widok na odbijajacy sie w jego szmaragdowych oczach zarys grobu.
Niepewnie wyciagnal przed siebie zmarznieta, prawa dlon i odgarnal nerwowo wlosy.
Tak, teraz bylo widac dokladnie..
Nie byl to duzy grob, mieszczacy pod swoimi misternie wykonanymi kamieniami trzy wielkie trumny, w ktorych dwie z nich w srodku obsypane byly krwistoczerwonymi rozami. Nie byl to jakis wielki grobowiec, majacy za zadanie uwiecznic w swej swietnosci bogata rodzine arystokratyczna.
Nie.
Byla to waska, drobna plyta, z wrzezbionymi w mogile glowkami dzikich roz, wygladajacymi jak szczodrze rozsypane przez wesolego kwiaciarza po ciemnym aksamicie. Byly one bardzo delikatne, tak delikatne, ze na mysli stawala chlopcu zaraz jej drobna, krucha postac z burza zlocisto brazowych lokow i subtelna, rumiana twarza..
Harry Potter poczul, jak w gardle tlumi drzace w nim od paru miesiecy lzy..
Jego wzrok padl na jeszcze jeden element miejsca pogrzebania jego najlepszej przyjaciolki, Hermiony Granger. Byl nim wysoki, wykonany z najbielszego alabastru aniol o twarzy przepieknej madonny z tkliwie wpatrujacymi sie pustymi oczyma w czarnobiale zdjecie usmiechnietej niepewnie dziewczyny.
Nie wytrzymal, usiadl gwaltownie na najblizszej lawce, przykrytej gruba warstwa srebrzystego sniegu, wciaz jak zahipnotyzowany wpatrujac sie w jej zdjecie, ktore niesmialo usmiechalo sie do niego, by nastepnie wszczepic w cieple, orzechowy oczy dwa nieoszlifowane diamenciki lez.. Tu magiczne zdjecie urywalo swoja niezwykla naturalnosc i przez chwile bylo calkiem ciemne. Po chwili wracala jednak do jego ram Hermiona z powaznym wyrazem twarzy, z cierpieniem wyrytym na slodkich malinowych ustach. Przewrocila z poirytowaniem oczyma. Ponownie sie usmiechnela.
Teraz tak naprawde zastanawial sie, jaka byla dokladnie. Skad ten smutek, skad te drzace w niemym placzu usta? Nie widzial tego na codzien, a moze - Harry odwrocil wzrok, czujac jak policzki - nie chcial widziec..
Harry nawet nie zdawal sobie sprawy z tego, ze co sobote, gdy tylko jada do Hogsmade przychodzi tu na caly dzien i wpatruje sie w to zdjecie, godzinami rozpamietujac kazde przezyte z nia wspomnienie. Mimo smutku i goryczy, byly to piekne chwile. Chlopiec mial wrazenie, ze przezywa cale swoje zycie na nowo, a stare, pozapominane juz dawno i pogubione gdzies usmiechy ozywaly i nabieraly delikatnych rumiencow przeszlosci.
Uspokajajaca go cisze przerwaly czyjesc ciezkie kroki w sniegu.
- Witaj, Potter.
Harry nawet sie nie odwrocil. Jego obojetny mozg ledwo rozszyfrowal owe wypowiedziane dwa slowa, ktore i tak natychmiast wylecialy mu z glowy. Nie interesowalo go nic, oprocz jej fotografii.
Moze nawet dobrze sie to skladalo, bo stal za nim w pozie krola swiata Dracon Malfoy i sztucznie wydymywal usta, cmokajac z niezadowoleniem. Jego ciemne luki brwiowe z irytacja uniosly sie ku gorze, po czym momentalnie opadly wraz z linia czerwonych ust, na widok malego, dziwnego grobu. Cos potwornie mocno scisnelo jego skruszone serce, a niechciane lzy zakrecily sie w kacikach stalowych oczu. Draco spuscil wzrok i przygryzl spierzchniete z zimna wargi, podczas gdy jego wnetrze przechodzilo najciezsza z burz w jego siedemnastoletnim zyciu. Byl idiota, bo zdecydowal sie tu przyjsc. Bylby wieksza idiota, gdyby to tego nie zrobil. Ale teraz?
Teraz to wszytsko wrocilo. Kazdy najdrobniejszy szczegol z tamtych paru dni.. Bo, w sumie, to czym one byly? Byly dziwna przygoda, nie miejaca wedlug jego logicznego myslenia jakiegokolwiek sensu. Nawet nie wytlumaczono mu, o co chodzilo. Kazda jej lza, kazda z chwil..
Draco znow poczul uczucie straszliwego chaosu w glowie przeplatanego na zmiane z okropnymi bolami i zawrotami glowy.
- Mowi sie do ciebie, Potter - nie wytrzymal tego napiecia i zlapal z bolu za zmarzniete czolo. Skierowawszy zimne spojrzenie srebrzystych oczu obserwowal strzep pary z ust, ktora bialym obloczkiem osiadala na lsniacych czarnych wlosach Pottera. Przez chwile zastygl w bezruchu, po czym natychmiast przerazony ta bliskoscia z znienawidzonym ulubiencem dyrektora odskoczyl na 3 metry i przeslonil swoimi 187 centrymetrami widok na zaszklone oczy chlopaka.
- O Boze - wydyszal Harry, a na blada twarz buchnely mu plonace rumience zlosci. Co.. co ten zalosny nikczemnik wogole sobie wyobraza, tutaj przychodzac i usmiechajac sie w strone grobu jego ukochanej przyjaciolki? Co on sobie mysli, czy przyszedl tu zeby zasmiac sie bezczelnie i opluc jedyna pamiatka pozostala po niej?
Harry, choc nawet nie widzial przepelnionej bolem twarzy Draco, gwaltownie wstal i zlapal wroga za schludna, wrecz idealnie wyprasowana i lsniaca czystoscia kurtke. Wsciekly zmruzyl dlugie rzesy i popchnal wprost na zasniezona aleje resztkami sil blondyna. Ten, nieco zmieszany i zaklopotany, zachwial sie na drzacych nogach i zlapal za jakas szarawa, stara rzezbe aniola o nienaturalnie wykrzywionych skrzydlach.
- Na Boga, co ty, idioto wyprawiasz? - tu podniosl wzrok na dyszacego z pulsujacej zlosci Harry'ego i ryknal na pol okolicy - POTTER, CZY JA CIE MIALEM ZAMIAR ZGWALCIC?
- Po co.. po co tu przyszedles?!
- Nie jestem upowazniony do tego, by ciebie o tym powiadomic, Potter..
- Ja cie znam! W sumie, to nawet nie musze sie pytac.. - syknal nienaturalnie Harry i zadrzal z wscieklosci. Przez chwile ich ciezkie spojrzenia spotkaly sie, iskrzac i migoczac na zmiane z brokatowymi platkami sniegu, tanczacymi z chlodnym wiatrem po calym cmentarzu. Malfoy trwal w sztucznie wykreowanym gescie obojetnosci i swoim idealnym, do perfekcji wycwiczonym poblazliwym usmiechu.
- Ty podly, ty zalosny, ty.. chamie! Jak smiales tu przyjsc?JAK? Nienawidziles jej z calego serca! - wykrzyczal mu prosto w twarz. Tego bylo za wiele. Blade i napiete do tej pory policzki Dracona przykryl ciemny karmazyn, a usta wygiely sie w gescie rozzalenia. Srebrzyste oczy zalsnily stalowa zloscia. Ale stal dzielnie dalej, nucac w glowie przerozne dziwne piosenki, jakie mu tylko przyszly do glowy. By nie slyszec Pottera. Jego nicniewiedzacej, zalosnej gadaniny.
- .. Och, tak, pewnie przyszedles tu, by zniszczyc jej grob! Wkoncu to szlama, czy nie taaak nazywales ja przez wiele lat? .. - te slowa, te jadowite, tak bardzo raniace go jak diamentowe ostrza slowa przebily cala resztke opanowania Malfoya. Zerwal sie i dyszac z wscieklosci zlapal za goracy kark czarnowlosego chlopaka i calkowicie nowa sila i energia przewrocil lekkim ruchem prawej dloni na ziemie. Kopnal z calej sily w drzace z bolu i bezsilnosci kruche cialo chlopca. Wscieklosc na samego siebie buzowala mu w jego skroniach okropnym, wrecz placzliwym bolem.. Swiadomosc tego jak ja nazwywal, to jak ja traktowal, te wszytskie obrazy, jeszcze niedawno tak nic nieznaczace.. Przygryzl dolna warge. Jej glos. Jej blagania. Ale te ciche, tak, te, ktore nigdy nie wydostaly sie z jej pieknych ust. Och.
Kopnac jeszcze raz, jeszcze raz wbic caly bol w inna osobe.. Byl coraz blizej z wyciagnietymi dlonmi, gotowymi do ostatecznego ciosu, podczas gdy tamten szukal rozpaczliwie zaginionej posrod iskrzacego puchu sniegu rozdzki. Draco wzial gleboki oodech i..
Cisza.
Plonace oczy Malfoya przypadkiem utkwily swoje dzikie spojrzenie w ruchoma fotografie Hermiony.
Tylko jej bursztynowe oczy, tylko jej lekki usmiech. Tylko jej pelne cierpienia usta.
I wtedy wszytsko minelo, jak za dotknieciem mydlanej banki.
Draco bez slowa podal przerazonemu Potterowi reke i pomogl mu wstac, choc tamten na poczatku bardzo sie opieral. Krew splywala mu dzikimi struzkami po bladej twarzy, a oczy, zlepione lzami bolu z kleska spogladaly w bok.
- Jesli chodzi o Hermione, to nic nie wiesz - powiedzial mu na smutnym tonem Dracon, nie patrzac, lub nie chcac patrzec na twarz chlopca.
- Wiesz, Potter.. Chcialem jej to polozyc tuz kolo tego rzezbionego aniola.. Ale nie poradze sobie z tym. Ty to zrob - Draco prawie gwaltem wepchnal w drzace, splamione krwia dlonie Harry'ego czarno-zlota koperte z starannie wykaligifroanym imieniem Hermiony.
Brwi Harry'ego ze zdziwieniem uniosly sie ku gorze, a na twarzy, oprocz zlosci i nienawisci, odczuc mozna byla jakis przeblysk zlitowania ta nagla mina Dracona, bolem, z jakim to wypowiedzial.
- Chyba nie musze ci tego tlumaczyc, zebys tego nie otwieral. Po prostu poloz to kolo tego aniola, tuz obok zdjecia - Malfoy przez chwile przymruzyl oczy, silac sie na slowo, ktorego nie wypowiedzial jeszcze nigdy w zyciu - Prosze.
*
Bylo juz pozno.
Osniezone korony drzew wygladaly, jakby wstrzymaly oddech, podczas gdy gdzies w oddali rozpielo swoje snute smutkiem skrzydla echo koscielnych dzwonow.
Ciemnosc rysowala sie ciezkimi cieniami masywnych krzyzow na drobnych alejach z porozwieszanym po bokach drog sniegiem, a gorujace wzniesle anioly zdawaly sie spiewac milczeniem wraz z watlym swiatelkiem paru malutkich zniczy, palacych sie slabo na niewielkiej ilosci grobow..
Dracon Malfoy rzucil krotkie spojrzenie na swoj zegarek i stwierdzajac dwie minuty po polnocy, energicznie otworzyl wielka podpierana kolumienkami brame cmentarza.
Po prostu musial tam byc, nie potrafil wyobrazic sobie tego, ze nie pobedzie przez jedna, najkrotsza chwile z jej zdjeciem sam na sam. To magiczne zdjecie zdawalo sie byc nia sama, ta Hermiona, ktora zapamietal i pamiec bedzie zawsze.
A ten cholerny Potter wszytsko jak zwykle spieprzyl.
Przez chwile stal tak w bezruchu, ogarniajac stalowym spojrzeniem wielki obraz ciemnego smetnego cmentarza, kiedy jego nogi same powiodly go w skryta posrod gotyckich tych najstarszych grobow aleje. Nie wiedzial jak trafi do miejsca jej pochowku w takim labiryncie ciemnosci, takim bezkresie tysiaca drozek i alejek cmentarnych, zawalonych mnostwem wielkich pomnikow.
Chlopiec przystanal i zlapal oddech.
Jakze bylo tu dziwnie..
Tam, po prawej czesci, gdzie anioly cmentarnee wypelnialy kazda pusta przestrzen, a spiczaste wiezyczki nagrobkow dumnie wystrzeliwaly w gore bylo tak bogato. Stare, 18 i 19 wieczne groby mieszaly sie z kolejnymi potomkami rodzin, pochodzacych juz z 20 wieku. A tu - gdzie puste miejsca wypelniala tylko cisza, przerywana od czasu do czasu dziwnymi odglosami, bylo niezwykle smutno i jakos tak - niepokojaco. Tylko silny zapach stechlizny zdawal sie zapewniac mu towarzystwa, otulajac jego bogato ubrana osobe od stop do glowy. Malfoy przyjrzal sie z zainteresowaniem nagrobkowi tuz kolo siebie i dopiero po chwili szereg wyblaklych liter utworzyl napis:
" Elisabeth.." - tylko to mozna bylo wyczytac.
Reszta wygladala, jakby ktos ja umysle zamazal czerwonym mazakiem. Dracon pochylil sie i przejechal palcem wskazujacym po chlodnej powierzchni wyrytych w plytce kamieniowej liter, kiedy nagle przeszylo go przerazenie - ta reszta, ktorej nie sposob bylo wyczytac, zamazana byla najprawdziwsza krwia! Byla to jednak stara krew, spierzchnieta i brazowawa, wygladajacy, jakgdyby szykowala sie do opadniecia na biala powierzchnie ziemi.
Chlopiec poczul, ze przeszywa go podniecenie, a biala twarz pokrywaja palace policzki wypieki, ale rozsadek rozkazal mu cofnac reke i skrecic natychmiast w lewo, co zrobil z narastajacym niepokojem w sercu.
Draco niespodziewanie poczul zimny, wilgotny i jakby utkany z najdrozszych jedwabiow dotyk na swojej skorze szyi. Zmyslowy, niezwykly rozlewal sie z kazda chwila po jego ciele, rozplywajac sie elektryzujacym cieplem jak kropla krwi po wodzie i pozostawiajac w kazdej czesci skory jakas czesc. Spial sie, calkiem sparalizowany ze strachu, niezbyt wiedzac, co zrobic. Jakas niewyobrazalna aura roztaczala sie za nim, jakby drobinki smiechu zmieszane z cukrem zycia w lzach i pomieszane razem lyzeczka smierci jak w herbacie. Malfoy zascisnal zeby i drzac, odwrocil glowe.
Nie bylo jednak nikogo. Wszystko zdawalo sie byc takie same jak przed chwila. Gotycka brama, podparta ciezkimi kolumnami z plaskorzezba aniolow, prowadzaca wprost przez poprzeplatana nagimi drzewami aleje ,,drozszego" cmentarza do grobow arystokratow, pare zniszczonych, szarawych grobow i zgliszcza upadlych krzyzow. Wszystko obsypane wokol grubym puchem sniegu, oraz resztkami ciemnawych liscimi wokol, jakby bukietem czasu.
I tylko ta aura pozostala, dziwna, jak uszyta z drzenia serca..
Dracon Malfoy nalezal do ludzi myslacych racjonalnie, totez prychnal, litujac sie nad swoja wlasna glupota.
I wlasnie w tym samym momencie, gdy postanowil zaprzeczyc niezwyklej aurze, a dziwny dotyk uznac za cos, co wyprodukowala mu jego mocno przewrazliwiona dzis wyobraznia, cala cisze panujaca na cmentarzu objal smiech. Lekki, radosny smiech dziewczecy, o natezeniu dosc niewyraznym, jakby pochodzacym z gory, lub tez, z lochow. Echo smiechu odbilo sie po calym cmentarzu i wtedy Dracon ujrzal cos, co momentalnie zmrozilo delikatnym chlodem szybkie bicie jego serca. Czyjas biala postac plynela lekko posrod dalekich alei cmentarza, lsnila posrod mroku dorodnej nocy nienaturalnym blaskiem, a wraz z nia - subtelny smiech, ale smiech smutny, tragiczny, przeradzajacy sie z kazdym ulamkiem sekundy w placz. Dziwna, z daleka jakby anielska postac w sukni plakala, a placz jej rozchodzil sie posrod kazdej krypty, posrod kazdego grobu, przebijal kazdy pylek kurzu, dochodzil do kazdego miejsca w cmentarzu i zastygal wsprost w oniemialym ze wzruszenia serca chlopca. Dracon bez wachania podarzal blyskawicznie po jej niewidzialnych sladach, starajac sie, by jej dziwna postac nie zniknela przypadkiem w odbiciu jego srebrzystych oczu. I wtedy cos wyraznie zdawalo sie popchnac go delikatnie w lewo, gdzie sposrod osniezonych krzewow gorowal ciemny aniol z rozpowstartymi groznie skrzydlami.
Grob Hermiony.
Ze sklejonych rzes chlopca skroplil sie dlugo powstrzymywany bol, ktory gorzko rozwarl jego czerwone wargi w gescie bezradnosci i przerazenia - na szarej lawce, na ktorej siedzial popoludniu Potter lsnila krwistoczerwonym karmazynem wielka, piekna, choc jeszcze nie do konca dojrzala roza. Byl to smutny, wydarty jakgdyby z zycia, zmuszony do przedwczesnej smierci paczek cudwonego kwiatu.. To wystarczylo, by Draco zrozumial wszystko..
Juz wiedzial, co jest jego zadaniem.
Jego stalowe spojrzenie, przyszklone warstwami iskrzacych lez objelo czule jej zdjecie. Nie czujac juz nog, wykonal dwa meczace kazdy skrawek jego ciala ruchy, po czym znalazl sie przy chlodnej plycie nagrobka.
Cieplo usmiechu ozywilo jego przywarla do agonii dusze.
Hermiona Granger patrzyla na niego takim rozwartym w smutku wzrokiem, ze slodkie wzruszenie obezwladnilo biedne serce chlopca. Jej orzechowe oczy migotaly ze sniadej, okraglej buzi a kaciki ust pochylaly sie lekko ku usmiechu. Tak jak to zapamietal..
Nienaruszona koperta spoczywala zgodnie z wola Malfoya, pod kamiennymi stopami rzezbionego aniola, w schronieniu wielkich, rozwartych w smiercionosnym locie skrzydel. Oczy chlopca zahaczyly o twarz utulonego w tkliwosci aniola, i wtedy caly zesztywnial, czujac irytujace mrowienie na calych ciele - z przymglonych oczu rzezby splywala lza - i nie byla to lza zwykla. Byla to buchajaca goracem na pare metrow, iscie wsciekle czerwona lza, ktorej barwa dorownywala tylko i wylacznie barwie krwii..
Ale chlopiec nie zdazyl juz zobaczyc, jak ta przedziwna lza splywa lekkim ukosem po czarnobialym zdjeciu Hermiony. Uciekl, niewytlumaczalnym ruchem rak lapiac w pospiechu paczek rozy i kierujac sie biegiem w strone wyjscia.
Szkoda.
Moze gdyby zostal, zatrzymalby dziwna postac, ktorej lekkosc dotyku jak pocalunkiem otworzyla czarna koperte..
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2006-01-24| 21:37:08|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (45)
dobrze widzicie :D
Ktos kiedys powiedzial, ze prawdziwa milosc nigdy nie umiera.
Ze zyc bedzie, zyc w swoich dziwnych ale prawdziwych bolach, zyciowych problemach, niemych lzach, a nawet w przeblysku czerwcowego slonca, juz po gwaltownej burzy. W powietrzu czuc bedzie ja, och tak bardzo, bedzie czuc jak slodkosc jej spalonych skrzydel lepi sie do popekanych z tesknoty ust. Bedzie draznic krwawiace nozdrza, ciagle ranic rozproszone po calym ciele serce.
Bo nie bedzie mozna wymazac jej tak po prostu.
Ona bedzie wsziedzie, w ciemnych chmurach i na jasnym niebie, w kazdym kolejnym slowie, w rzesach wspomnien, w marzeniach - oczywiscie, o ile sie je jeszcze ma - nie da sie o sobie zapomniec, wszystko przekresli goraca, niezniszczalna linia, nabrzmiala ze swojej tak wlasnie nieogarnietej mocy. Ona nigdy nie umrze.
Wargi mlodego mezczyzny drgnely niespokojnie. Kiedys potrafily usmiechac sie ironicznie, kpiaco. Dzis pozostal tylko zalosny widok wygietych w bolu ustach.
Chlopak prychnal pogardliwie, wyobrazajac sobie w tej wlasnie chwili beznadziejny obraz samego siebie, a srebrzysta grzywka opadla mu ukosem na stalowe oczy.
Ile czasu minelo? Dwa dni? Dwa tygodnie?
Dwa miesiace.
61 dni i 60 nocy od ostatniego spojrzenia jej orzechowych oczow, w ktorym jak na starej fotografii rozmazywala sie jego sztuczna obojetnosc. To sztuczne, zrodzone z przymusu uczucie tak bardzo przycmily jego serce, ze przez chocby chwile nie potrafil w nie zwatpic. Nie, nie, nie. On JEJ nie kochal. Skad wogole ta bezwstydna mysl? Toz to chanba. Obraz jego ojca z jadowitym usmiechem na twarzy. Trucizna zla w stalowych teczowkach. Mala, dziwna szlama, male dziwne przygody.
I odszedl, bo co mial zrobic? Byl takim egoista, martwil sie o swoja wlasna dupe, to sie liczylo.
I ona.. tak po prostu - umarla.
Z jednej nocy przeplywajacej rozowawymi wstegami w dzien - umarla, zastal ja z lezaca w otwartych oczach z przyschnietymi do ust lzami. Podbiegl do pachnacego lekarstwami lozka, zdarl z niej gruba warstwe pierzyn. Lezala, zimna, bez tanca serca.
A w tamtym momencie umarlo wraz z jej sercem wszystko. Nic sie nie liczylo.
On juz wiedzial. Zaprzeczyl wymyslonym uczuciom, zaprzeczyl rozumowi, trucizne zla wyplul z pogarda pod stopy ojca.
Kochal ja, kochal. A ona umarla.
Ona, wlasnie ONA, a on zdal sobie z tego sprawe gdy ta cala milosc juz umarla.
I do tej pory wnim zyje.
Glupi byl jednak ten facet (bo baba by czegos takiego nie wymyslila, raczej by przekrecila to piecioma metaforami i zastanawiaj sie czlowieku o co chodzi), co rzekl, iz ,,milosc nigdy nie umiera". Ciekawe, co z tym zrobic, kiedy ona nastapila, po tym gdy umarla.
I to juz naprawde chyba byl koniec tej dziwnej, skomplikowanej historii - pomyslal z gorycza, po czym wstal nerwowo ze starej lawki i zrobil pare chwiejnych krokow ku parku, poobwieszanego delikatnym puchem sniegu.
Jakze bardzo sie mylil, bo byl to zaledwie poczatek.
cieszcie sie, wena i pomysly wrocily.
talentu zabraklo, wiec to bedzie smutna tworczosc
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-12-06| 16:48:12|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (28)
W pewnym sensie koniec.
Notka mi sie nie podoba. Jest chaotyczna, impulsywna, niezrozumiala dla innych i smutna. Ale taka ja wlasnie planowalam. Zeby kiedys moc to dokonczyc. Rozjasnic niewyjasnione, dokonczyc. Wierze, ze chwila ta kiedys nadejdzie.
Nie pisze juz nawet nic na "sic transit gloria amoris", poniewaz tak mnie zajale moje opowiadanie wraz z Wercia o wampirach (dam ewentualnie przez gg : 1995203).
Macie tu wiec wasza nieszczesna, niezrozumiala notke. I ja sama spadam, dalam wam nawet jeden z moich najnowszych wierszy, bo sie zaraz porycze.
Zegnam
Draco delikatnie przejechal palcem jej policzka, po ktorym tanczyly w watplym swietle swiecy srebrzyste lzy.
- Co.. co robisz? - spytala prawie szeptem, jak gdyby bojac sie jego odpowiedzi. Drzacymi dlonmi podparla sie o miekki materac na lozku i wyprostowala zgarbione plecy, patrzac chlopakowi niesmialo w oczy.
- Ona mi kazala. - padla krotka, chlodna odpowiedz.
Hermiona zanurzyla roztrzesione dlonie w swoje zloto brazowe wlosy i odrzucila je nerwowo do tylu, a jej luk jej brwi uniosl sie w lekkiej ironii ku gorze. Jaka ona?
- Jaka ona?
Draco bez slowa poglaskal ja po bladym policzku i usmiechnal sie niewyraznie. Hermiona widziala szlachetne rysy jego twarzy w ciemnym swietle juz gasniejcego plomienia swiecy i poczula, jak w jej oczach staja dwie szklane lzy, w ktorych odbilal sie obraz jego ust. Tak bliskich..
Potrzasnela bujnymi lokami i zlapala go za lodowata dlon, jakgdyby niemym gestem blagajac by pozostal.
Ale on wstal juz, a jego wysoka, ciemna sylwestka zaslonila jej tarcze zlocistego ksiezyca.
- Musze odejsc.. - szepnal wsrod jej przerazonych spojrzen, na co ona gwaltownie wstala ze swojego lozka i, platajac sie posrod poscieli, rzucila sie mu na szyje, wdychajac niezwykly zapach jego ciala. On nie moze odejsc, nie moze.. Hermiona nie rozumiala nic, nie wiedziala o co mu chodzilo, ale nie chciala, nie mogla.. Czula, ze bylo to cos waznego, cos innego.
Draco przez chwile stal bez ruchu, nasluchujac sie odglosu bicia jej serca i znow wiedzial, ze musi odejsc.
- Blagam.. - krzyknela prawie lamiacym sie glosem Hermiona i padla zrezygnowanie na lozko. Nie rozumiala nic. Kompletnie. Co on sobie wogole wyobrazal? Przychodzi tu, wsrodku nocy, i jeszcze gada bezsensownie, ze ONA mu kazala? Jaka, do kurwy nedzy, ona?! On..
Ciche pukanie rozlalo sie echem po opustoszalym skrzydle szpitalnym, i z kazda sekunda stawalo sie jakby coraz bardziej natarczywe.
Draco bez slowa chwycil placzaca Hermione za krucha kibic i przytulil do siebie z calej sily, by nastepnie schowac sie daleko za szafa pelna lekarstw i innych dziwnych flakonikow, w ktorych lsnily fioletowym blaskiem delikatne iskierki swiatla.
Cisza.
Pukanie ustalo, a szarpany przez podmuchy wiatru plomien swiecy przygasl calkowicie, wprowadzajac ich przestraszone twarze w tajemnicza ciemnosc. Jedynie ksiezyc zdawal sie byc paradoksalnym ubarwieniem jej mroku, ktory cieniami kreslil sie powoli po scianach skrzydla.
Gluche milczenie przerwalo skrzypienie otwieranych drzwi, a w nich pojawila sie malenka, biala postac dziewczynki. TEJ?
Hermiona zdusila w sobie przerazony okrzyk i wbila ostre paznokcie w szyje Dracona. Przez fioletowa poswiate lekarswt widziala, jak dziewczynka idzie do nich, usmiechajac sie wsrod mroku. Swiatlo ksiezyca skupilo sie na jej postaci i igralo z czarnymi, prostymi wlosami, za ktorymi pozszywane usta drzaly lekko w sztucznym gescie usmiechu.
- I tak was znajde - dziewczynka okrecila sie wokol wlasnej osi i podskakujac wsrod ciemnosci spiewnym tonem dodala:
- I juz wiem gdzie jestescie.
* * *
Hermiona przez chwile starala sie uspokoic, lezac na wznak wsrod poscieli i krazac opuszkami palcow po bialej powierzchni swojej twarzy. Natrafiajac na wilgotne slady lez, odnawiala wciaz niezwykly sen, ktory mial okazje jej sie dzis przysnic. Sen?
Hermiona potrzasnela niedowierzajaco glowa i wymacala na slepo chlodna szklanke pelna wody, po czym wypila znaczna jej zawartosc i przestudiowala sen jeszcze dokladniej. Te kolory, emojce, zmysly.. To wszystko nie potrafiloby wgrysc sie w jeden sen razem, nie to niemozliwe. To nie byl przypadek i musial cos znaczyc.
Dziewczyna zadrzala, po czym otworzyla sklejone lzami powieki i zamarla, widzac starannie polozona na szafce nocnej karteczke. Raptem rzucila sie na nia i z glosno bijacym sercem odworcila jej chropowata powierzchnie, by przeczytac cos, co do konca zmienilo jej szesnastoletnia egzystencje.
,, Odeszlem " - wyczytala w koncu, kiedy to juz rzed wykaligrafowanych ozdobnie liter zaczal zabarwiac lakoniczny wyraz jakimkolwiek sensem. Jakimkolwiek.
Jedynie podpis zamaszystego "D.M." zostal rozmazany przez przezroczyste lzy.
czekalam na ciebie kolo nocy
ktora przysiadla sie do mnie na starej lawce
delikatnie zlapala za czarne loki
i odrzucajac je w tyl zawirowala wraz z gwiazdami
mowilam jej
by oszczedzila ich zloto
skapujace na przymarznieta ziemie
by oszczedzila te czern
otulajaca klosz jej suknii
ona popatrzyla tak smutno
i zadzownila tylko tarcza ksiezyca
lekko dotknela konturu mych ust
i odeszla
tanczac w swietle mgly
zaczekaj
noc pocalowala subtelne odbicie
w moim cichym spojrzeniu
i tylko niesmiale promienie
lamp gazowych
przeplataly w nas milosc *
I jeszcze Hermiona: Nie. To nie on. To ja odeszlam. To ja umarlam.
Koniec.
* (wiersz napisany przez autorke bloga, wszytskie prawa zastrzezone ;P)
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-06-30| 16:06:45|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (56)
dobra lub zla wiadomosc
HELO BUCE KOMUNIKAT DLA WSZYSTKICH FANOW MOJEJ TWORCZOSCI!!!!!!!!!!
PROWADZE NOWE OPOWIADANIE -
adres to :
www.sic-transit-gloria-amoris.blog.pl
MACIE TAM WLESC I CZYTAC AHHAHAHA
wpisywac mi sie do ksiegi i dodam was do linkow, kocham was, czekajcie dlugo na nowa notke bo jestem zajeta nowym opowiadaniem, PAAAAAAAAAA :*:*:*:*:*
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-05-30| 18:32:07|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (11)
Rozdzial III : Entre en labirynthe de tenebres
W tejze wielkopomnej chwili racze was, drogie buce me, zawiadomic, iz powracam przez was wskrzeszona ku zyciu wraz z nowym szablonem (sliczny:D dziekuje werciu bucu za html:*) i nowa, jakze wymeczona, wymuszona i niemila notka. Jest ona nieco krotsza niz poprzednia, ale mam nadzieje ze uda wam ona niecos objasnic, badz zamieszan. Co jak co, ale ja to taka specjalistka od mieszania :D Zanim znow wyjade (okolo 13 maja) to obiecuje dodac nowa notke. Ale jak mi nie pobijecie rekordu (164 komentarzy) to dupa bedzie, a nie nowa notka. Co do tej-
jest to pierwsza czesc trzeciego juz rozdzialu, zatytulowanego po francusku ,,Entre en labirynthe de tenebres", co w naszym ojczystym jezyku oznacza po porstu "W labiryncie ciemnosci". Tyle do ogloszen duszpasterskich. Zycze wam milego czytania, a sobie samej wiele waszych pozytywnych i negatywnych komentarzy, oraz weny pisarskiej. ADIEU MON CULS!
Dedykyszyn: dedykyszyn dla Werci i Siory, ktora wlasnie moje rekiny skradzione zra hahhaa (tak swoja droga, moglabym byc bardziej oryginalna hehhe)
Rozdzial III : Entre en labirynthe de tenebres
Niekonczacy sie korytarz, spowity cichym podmuchem delikatnej smierci, tanczacej na tle czarnego ksiezyca. Widziala to w czarnej glebi, chuchajacej zimnem w jej krucha twarz.
Hermiona nie mogla przestac isc w kierunku niewidzialnego ksiezyca, choc wciaz wytezala wszytskie swe sily, by sie zatrzymac i otworzyc zlepione bolem oczy. Zamknietymi oczyma spostrzegala naokolo ciemnosc, bradzaca w srebrno-perlowej wodzie, smiejaca sie jej bezczelnie w twarz i przebijajaca na wylot diamentowym blyskiem noza delikatny ksiezyc.
Niewyrazny placz rozlewal sie echem po ciemnosci, przerywajac jednoczesnie pusta cisze. Dziewczyna stanela jak wryta, kamieniejac nagle i czujac przeszywajacy lodowatym dotykiem zimna dreszcz, splywajacy jej po plecach.
Cos zlapalo ja za reke i pociagnelo w strone krwawiacego ksiezyca. Poslusznie dala sie wprowadzic w kolejny korytarz, ogluszona przez przenikajacy jej serce smutkiem placz. Potworny placz. Miejacy w sobie tyle tesknoty, bolu i cierpienia.
Hermiona scisnela krucha, zimna dlon w swej rece, prowadzona przez zalosny placz dziecka.
Dotyk puscil, a sonata ksiezycowa zalala swym delikatnym brzmieniem cala ciemnosc.
Zaczela dostrzegac niewyrazne rysy w mroku. Ktos rozcial jej zlepione bolem powieki, uwalniajac tym samym cenny zmysl wzroku.
Tak, znala to pomieszczenie. Nie wiedziala skad, ale znala. Mogla jak z pamieci wskazac, gdzie byly zakurzone tomy ksiazek i gdzie znajdowalo sie pozokle plotno obrazu olejnego.
Stala po srodku niekonczacego sie labiryntu, po srodku wiecznej nocy, przetykajacej srebrzystymi wstegami atlasowe niebo. To byl juz koniec. Slyszala gluche kroki smierci, otwierajacej skrzypiace drzwi na koncu korytarza. Kazdy pusty dzwiek zalewal echem jej umysl, a rozszczepione swiatlo czarnego ksiezyca padlo prosto na skulona postac, siedzaca melancholijnie w kacie. Byla to dziewczynka, a placz jej rozbrzemial bolesnie w kazdej czasteczce duszy Hermiony, rozdzierajac ja na tysiace elementow. Hermiona podniosla oczy, uwaznie ilustrujac twarz dziewczynki. Byla porcelanowa, biala i krucha, z ciemnymi oczodolami, w ktorych lsnily same bialka, bez teczowek i zrenic. Z tych niezwyklych oczu splywaly szkarlatne lzy, znaczace jej biala twarz krwista smuga, by nastepnie zginac w gaszczu czarnych, dlugich wlosow, opadajacych na przykryte biala sukienka cialo. Usta dziewczynki byly czarne i suche. Wygladaly tak, jakby ktos zszyl je stalowa nitka.
Dziewczynka usmiechnela sie nagle, nie przerywajac jednak swego placzu. Wstala i podeszla do Hermiony, mala, smutna figurka, wpatrujaca sie w nia hipnotyzujacymi bialkami, usmiechajaca sie czernia swych zeschlych ust. Dotknela reki Hermiony, wskazujac znieksztalconym konturem palca na sciane, gdzie znajdowal sie czarnozloty zegar, tykajacy i zipiacy smiercia. Hermiona rzucila krotkie spojrzenie na przyrzad pomiaru czasu ze swoimi szczerozlotymi wskazowkami, czujac na swej odkrytej szyi dziwny podmuch wiatru, pachnacy gorzko przerazliwymi westchnieniami wszystkich cierpiacych na tym beznadziejnie szarym swiecie. Wskazowka przesunela sie na ostatnia przed godzina 12 kreske. Byla wiec prawie polnoc.
Cos szarpnelo Hermione, zwalajac ja z nog i tracajac z calej sily w czarna otchlan przepasci, nad ktora stala w czarnej pelerynie smierc, calkowicie przez owy plaszcz zalosnieta, z jedynie wystajacymi paznokciami, krwistoczerwonymi, na srebrnych palcach.
Hermiona chciala krzyknac, ale nie mogla wydobyc z siebie glosu. Chciala uslyszec, ale nie mogla wydobyc z martwej ciszy dzwieku. Chciala nareszcie zaczac widziec, ale nie mogla rozlepic na nowo zszytych powiek. Opadla bezsilnie w ciemnosc.
- Otworz oczy - padly slowa z czarnych ust glebokim, aksamitnym glosem, pelne ukrytego bolu, smutku i tesknoty, a w mroku blysnely jeszcze hipnotyzujace bialka.
* * *
- Otworz oczy - rzekl znany glos nieco niecierpliwie, odbijajac sie klujacym echem po podswiadomosci Hermiony.
Dziewczyna rozlepila z trudem swe ciezkie powieki i ujrzala przed soba zatroskane oblicze szmaragdowych oczu swego najlepszego przyjaciela, Harry'ego Pottera.
Rzucila mu rozkojarzone spojrzenie, miejac wciaz przed oczyma przerazajacy widok ciemnosci z lsniacymi w niej bialkami dziewczynki.
To byl sen? To bylo takie nierealistyczne. A jednak tak prawdziwe.
Hermiona poczula, ze kreci sie jej znow w glowie. Gdzie ona wogole jest?
- Gdzie jestem? - zapytala wprost, nieswiadomie cytujac wszystkie ksiezniczki swiata, a sama dziwiac sie nad tonacja swego glosu. Byl niezwykle zlamany, slaby i cichy, przeplatajacy miedzy swoj dawny alt piskliwy i delikatny sopran.
Harry usmiechnal sie z ulga, lecz jego piekne, intensywnie zielone oczy wyrazaly wciaz troske.
- W niebie - odpowiedzial zartobliwie, posylajac jej cieple spojrzenie.
- Taa? - zapytala z lekka ironicznie i zlapala sie za glowe, przez ktora przedzieral sie potworny bol, kaleczacy kazda mysl i kazdy obraz w jej mozgu.
Harry przestal sie usmiechac, widzac wykrzywione z cierpienia blade wargi jego przyjaciolki, ktora lezala bezradnie na bialej, sztywnie wykrochmalonej poscieli. Zaniosl ja do skrzydla szpitalnego szanowny pan Draco Malfoy, ktory, uginajac sie pod ciezarem jej 57 kilo, przywlokl jej omdlala sylwetke, oddajac Hermione natychmiastowej opiece pani Promfey. Byl to czyn godny poszanowania, wiec Malfoy zniknal natychmiast w mroku Hogwartu, kryjac swe srebrne licze w pokoju Slytherinu.
Profesjonalistka w kazdym calu, pani Promfey obadala omdlona - w wdziecznej pozie z polprzymknietymi oczami oraz wybitinie karmazynowymi policzkami Hermione, ktora okazala sie ciezko chora, choc nie bylo niestety wiadomo, na co. Wiecej mu nie powiedziano.
Harry struchlal, odwracajac natychmiast glowe od bladej twarzy jego przyjaciolki, lezacej posrod zlotawych lokow, wijacych sie wezami na rozowawej poduszce.
- Co nic nie mowisz? - spytala w koncu slabym glosikiem, przerwywajac krepujaca cisze.
Harry poczul sie, jakby ktos oblal go wiadrem lodowatej wody. Natychmiast spojrzal z lekiem w bursztynowe oczy Hermiony, wpatrujace sie w niego z dziwnym niepokojem. Jej usta drzaly, a przezroczyste rece opadly bezwladnie na lozko.
- Czy ja o czyms nie wiem? - w oczach dziewczyny zaszklily sie dwie diamentowe lzy, ktore splynely nastepnie po chorej twarzyczce, znaczac jej krwiste rumience srebrna smuga.
- A czy ja cos wiem? - odparl z lekka nutka zlosci Harry. Niech ona nie histeryzuje, bo on zaraz sie rozryczy.
Chlopak mrugnal szybko dwa razy, ukrywajac przed przyjaciolka dwie szkliste warstwy lez. Nie moze plakac.. Nie moze. Ona nie moze tego ujrzec. Na gipsowej twarzy Hermiony, ktorej poludniowy koloryt i hiszpanska uroda wyblakly, wymeczone przez dziwna chorobe, o ktorej nikt nie mial pojecia, rozblysly dawnym ogniem oczy, ktore z pretensja wbily sie w smutny profil Harry'ego.
Miala stanowczo tej calej idiotycznej sytuacji po dziurki w nosie. Nie dosc, ze mdleje na srodku korytarza, wybierajac sobie za towarzysza do romantycznych omdlen jej bolesna arcymilosc Dracona, to jeszcze sni o jakims swinstwie, a gdy sen sie juz raczy skonczyc, to jej najlepszy przyjaciel nie potrafi ja poinformowac, co sie z nia wlasciwie dzieje. A przeciez widac to po jego oczach. Wie cos, ale sie boi jej powiedziec. Dziewczyna zagryzla wargi, dalej swidrujac Harry'ego spojrzeniem pelnym pretensji.
- Jestes bardzo chora, ale niewiadomo na co - rzekl beznamietnie chlopak, pilnujac by umknac rozognienemu spojrzeniu swej przyjaciolki. Szybko odwrocil glowe, uslyszawszy jej zduszony jek.
- Chora? - dziewczyna przykmnela az oczy, liczac w mysli do dziesieciu i wciaz bezskutecznie silac sie na spokoj. Czula, ze to cos powaznego.. Wiedziala to, bladzac juz po labiryncie nocy w swym snie. To wszytsko mialo jakis zwiazek.. Ta smierc.. Czula to..
Harry sztywno kiwnal glowa, a jego szmaragdowe oczy rozblysly w cieniu sali, wpatrujac sie z lekkim strachem w twarz Hermiony, ktora nie mogla uporzadkowac natloku swych mysli, wyjasniajacych choc troche jej sprawe.. Nie to bez sensu.. Potem sie zastanowi.
- Czy ja umre? - zapytala obojetnie, chlodnym i zrownowazonym tonem, co wprowadzilo Harry'ego w jeszcze wiekszy zamet i strach.
Hermiona spojrzala mu badawczo w oczy, zaliczajac jego dlugie myslenie do odpowiedzi twierdzacej, lecz po chwili chlopak przyznal sie szczerze, ze nie ma pojecia.
- Ale nie martw sie. Jestesmy w Hogwarcie. Tu zawsze sie cos wymysli - powiedzial sztucznie pocieszajacym tonem, sam nie wierzac w to co mowi. Pamietal przeciez wyraz twarzy pani Promfey, gdy z nim rozmawiala. To bylo za straszne, by zapomniec. Ale nie powiedziala mu przeciez, ze Hermiona umrze. Tylko, ze to bardzo ciezka choroba, stan jego przyjaciolki wciaz sie pogarsza, a ona sama nie zdaje sobie z tego najmniejszej sprawy. I tyle.
Niosaca ulge, choc bardzo malutka iskierka nadziei zatlila sie na nowo w zieleni jego oczu.
- Wszystko bedzie dobrze - wyszeptal, dlawiac w gardle gorzkie lzy.
Na te banalne slowa, przygotowana na najgorsze Hermiona usmiechnela sie blado a kpiaco. Moze sobie mowic. Doceniala to.
- Ron zaraz przyjdzie - zmienil szybko temat.
- Acha.. - dziewczyna usmiechnela sie krzywo do przyjaciela. Czemu wszyscy zachowuja sie jak dzieci?
- Chce porozmawiac z pania Promfey - dodala po chwili. Blask w zielonych oczach Harry'ego momentowo przygasl.
- No co? - spytala prowokujaco, patrzac ze sztucznym zdziwieniem w oczy przyjaciela. - Chyba mam prawo wiedziec co ze mna, skoro moi najblizsi przyjaciele nie racza mi powiedziec?
Harry popatrzyl spode lba w twarz Hermiony. Oto, jak odwdziecza sie czlowiek za troske o jej zdrowie psychiczne. Oczywiscie, miala prawo wiedziec co z nia jest, ale on jej powiedzial wszytsko co wiedzial. A ta dalej swoje. Nie wierzy mu.
Chlopak stwierdzil, ze najlepszym rozwiazaniem bedzie zostawic rozdrazniona i podatna na klotnie Hermione w lozku. Niech sobie lezy, a on wpadnie z Ronem nieco pozniej, gdy jej troche przejdzie.
Wstal i odruchowo popatrzyl w okno, gdzie roztaczal sie blask marcowego slonca, naznaczajac ciemny granat jeziora milionami lsniacych blaskow. Pachnialo wiszaca w powietrzu wiosna. Harry usmiechnal sie lekko do swej przyjaciolki i odszedl, pozostawiajac ja bez slowa w rozwscieczonym stanie.
- Wpadne potem. Z Ronem - powiedzial tylko w drzwiach i wyszedl, zatrzasnawszy za soba wielkie drzwi.
Hermiona siedzila chwile posrod odmetow rozgrzanej poscieli, wsluchujac sie w swoje przyspieszone bicie serca i rzucajac rozognione zloscia spojrzenie na drzwi, przez ktore poszedl sobie przed chwila jej najlepszy przyjaciel, po czym padla beznamietnie na poduszke, usilujac nie zawyc z przerazliwego placzu. Jakby nie miala dosc problemow, wszystko zaczyna jej sie walic.. Jakas choroba, jakies sny, Malfoy..
Dziewczyna poczula ciepla lze w kacikach oka, ktory splynela delikatnie po jej rozpalonym policzku, naznaczajac go wyrwanym z glebi duszy bolem. Caly czas miala przed oczami jego twarz. Jego srebrne, stalowe oczy, migocace ironia i niesamowitym urokiem. Jego piekne, anielskie rysy na bialej jak papier twarzy.. To wszystko bylo tak tajemnicze, pociagajace i jednoczesnie tchnace przenikliwym czarem, ktorego Hermiona nie potrafila wyplesc z jej rozbolalej glowy.
Tak, lzy przynosily jej ulge. Moze nie jakas duza, czy chocby chwilowe zapomnienie, ale czula, iz z kazda lza, wyplywala z niej minimalna drobinka z wielkiej tafli smutku i bolu na dnie jej scisnietej duszy.
Przymruzyla oczy, pierwszy raz zastanawiajac sie w koncu czy to Malfoy ja wlasciwie tu przytargal. Byla przeciez z nim.. Wtedy..
Nie, to wykluczone. Hermiona szybko glowa, jakby mysl, ze Malfoy mogl jej w jakimkolwiek stopniu pomoc, byla trujaca i zakazana.
Lekko rozchylone okno wnosilo do sztywnie pachnacego skrzydla szpitalnego slodkawy zapach wiosny, wirujacy w lekkim wietrze. Dziewczyna przygryzla blade wargi, czujac na swej oslonietej tuzinami poduszek twarzy cieply promien slonca, ktory musnal ja delikatnie, by nastepnie zapasc sie pod ciemnoscia jej powiek.
* * *
Dracon Malfoy, blady i nienaturalnie spiety, siedzial sztywnie wyprostowany w miekkim fotelu, ktory znajdowal sie na samym srodku pokoju wspolnego Slytherinu, rozbrzmialego od glosnych krzykow i bezsensownych rozmow. Sylwetki szarych, zwyklych i niczym mu nieznaczacych postaci przemykaly sie przed jego srebrzyscie niebieskimi oczami, a gluche slowa kolegow odbijaly sie niezapamietywanym echem podsrod labiryntow jego poswiadomosci.
Draco czul sie jakby cos stracil. Jakby mial cos, potem o istnieniu tego czegos zapomnial, by w koncu porzucic to nieumyslnie i rozpoznac w tym gorzki jak kawa smak pustki i straty. Ta pustka dobijala go ogromnie, sciskajac jego serce z calej sily i nie pozwalajac mu odetchnac swiezym powietrzem. Mial po prostu wrazenie, ze bez tego czegos wegetuje. Jest przezroczysta nicoscia, poukrywana sprytnie w ciele mlodego mezczyzny, a jego zlosliwa ironia i cynizm sa tylko wyimagowana maska, starajaca sie skutecznie ukryc to zalosne uczucie.
- Ekhm - chrzaknal mu do ucha ktorys z zenskich glosow, co zignorowal z najwieksza obojetnoscia.
Draco, pograzony wlasnymi myslami, wzruszyl ramionami, sam nie wiedzac co sie wlasciwie dzieje. Obrazony glos zenski oddalil sie wraz z lekkimi krokami, co pozwolilo chlopakowi sie nieco rozluznic. Tylko tego mu brakuje, zeby jego fanki sie go czepialy akurat w takim momencie.
Ale wlasciwie.. jaki byl to moment? Jeszcze rano szedl spokojnie przez korytarz, smiejac sie z zalosnego Longbottoma. A teraz? Teraz glebia nocy rozplynela sie po granacie nieba, a jego opanowalo idiotyczne uczucie, ze sam jest nie mniej zalosny niz szanowny kolega Longbottom.
Malfoy poraz kolejny odczul zimny chlod przelomu, ktory na nowo zalamal czesci jego duszy, roztrzaskujac je i gniotac pod jej bursztynowym spojrzeniem..
Draco sie wzdrygnal, a lodowaty dreszcz przebiegl mu gwaltownie po plecach. Cholerna Granger. Cholerna i tyle. Z nia to sa tylko same problemy i klopoty. Gdzie nie pojdzie - tam ona musi byc. Gdzie sie nie popatrzy - tam ona musi stac i patrzec smutno tymi ciemnymi oczyma. A nawet gdy jej nie ma, stale ma ja przed oczami. I jak tu sie w koncu nie wsciec? Czlowiek o zdrowej psychice dostalby kiedys zalamania nerwowego, gdyby ciagle myslal o jednej, bezuzytecznej szlamie. A on mysli. I oto, do czego go to myslenie doprowadzilo.
Chlopak prychnal z pogarda sam do siebie, usilujac nie wybuchnac rozpaczliwym placzem, na ktory mu sie w glebi duszy zbieralo. On i plakanie? Boze, boze. Do czego moga baby doprowadzic..
Niedaleko rozglegl sie zlosliwy i kpiacy chichot slizgonow, wpatrujacych sie w Malfoya z lekkim rozbawieniem, wymalowanym na banalnie nieinteresujacych twarzach.
Draco po raz kolejny wzruszyl ramionami. Niech sie smieja. Pewnie wyglada jak dziwak, siedzac tu od godzin i mamroczac sam do siebie, ale niewiele go to w tym momencie obchodzilo. Nie bedzie sie przejmowal takimi idiotami. Lepiej pojdzie sobie, a oni niech znajda inna ofiare ironicznych smieszkow.
Malfoy wstal, poprawiajac zlotawa grzywke, opadajaca mu niedbale na pieknie sklepione, alabastrowe czolo. Rzucil beznamietne i pelne wyzszosci spojrzenie na swoich znajomych i ruszyl powolnym krokiem w glab mrocznego korytarza, gdzie panowala upragniona cisza, spokoj i ciemnosc.
Przeszedl spokojnie po mieniacym sie od ciemnosci korytarzu, oswietlonym delikatnie promieniem ksiezyca, ktorego srebrna tarcza wisiala ociezale na niebie i zdawala sie w kazdej chwili spasc do czarnej otchlani jeziora. Tak, tego potrzebowal.
Samotnosci.
Lubil swoja samotnosc, niezrozumiana przez tych szarych idiotow. Lubil odczuwac swoj wieczny bol samotnie, bez cholernych towarzyszy. Kochal te chwile, gdy idac samotnie po nocnym Hogwarcie mogl na nowo cieszyc sie widokiem jej pieknie skrojonych ust, o wyrazie ciaglego smutku. We wnetrzu Dracona roztrzepotalo sie mimowolnie uczucie pulsujacej czulosci. Nikt go nie znal od tej strony, nawet on sam.
Wszystko zmienilo jedno, jedyne spojrzenie, iskrzace pod mozaika milczacych w dzien lez. Kochal te momenty, obfitujace w magiczna cisze i zapach snu.. Draco przymruzyl w zachwycie powieki, czujac na dlugich rzesach zimny powiew wiatru. Tak bardzo chcialby ja teraz ujrzec..
W tym samym momencie odniosl nieswoje wrazenie, iz ktos mu sie przyglada. Otworzyl trzezwo oczy i rozejrzal sie uwaznie wokol siebie, ale nie ujrzal nic oprocz glebokiej czerni, gdzie niegdzie tylko przebijana srebrzystymi wstegami swiatla ksiezycowego. Uczucie go nie opuszczalo, co bylo bardzo niepokojace. Malfoy jednak wzruszyl ramionami i przeszedl szybko na druga strone korytarzu, wyzywajac sie od paranoikow.
Nagle poczul lodowaty dotyk czyjejs dloni na swoim przegubie. Odwrocil sie gwaltownie do tylu, lecz dalej nic nie widzial. Przeklnal glosno i postanowil wracac do wiezy Slytherinu, co zrobil w tym momencie z najwieksza ochota.
UWAGA:
WSZELAKIE UWAGI PROSZE KIEROWAC NA GG (1995203) :D Moge wam nawet dac tam jakies czesci mojego nowego opowiadania :D notka bedzie spozniona, bo za pare dni wyjezdzam i nie zdaze wam nic napisac, wiec troche sie pomeczycie.
nowy adres bloga jest w trakcie omawiania, takze niedlugo po moim powrocie zapewniam was, ze bedziecie mogli przeczytac upublikowane juz pierwsze rozdzialy opowiadania (fanow hp rozczaruje- nic nie bedzie w tym z hp)oraz przeczytac nowa tuu notke :D pozdrawiam serdecznie i zycze milych majowek :*
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-04-17| 21:26:42|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (186)
Ostatnia czesc 2 rozdzialu "Platek zasuszonej rozy"
O swiecie! O poranku! O nocy bezkresna! O wiecznosci niepojete! Wasza skromna Kamilka dodaje notke!
Niech dzwony bija! Niech dzieci krzycza! Niech bedzie pobity rekord komentarzy (80 wow heheheh) !
Cieszcie sie wiec i radujcie, mlodziezy polska! Niech wasze usmiechy oswietlaja nasz szary swiat!
A teraz koniec z tymi uniesieniami poetyckimi hehehheeh
Chce wam, moi drodzy, zakomunikowac, iz moje opowiadanie (czy jak kto woli ksiazka, choc to brzmi zbyt powaznie..) zaczyna sie od notki, gdy Hermiona i Draco zostaja przeniesieni w Inny Swiat.
Wszystko co dzialo sie przedtem, zostanie przeze mnie brutalnie wykasowane i wyniszczone z waszej pamieci. Poprawiamy bledy mlodosci.
Ciesze sie za wasze 80 komentarzy. Bardzo to mile bylo. Jak mi rekordu nie pobijecie, to nowej notki nie dodam, buce me kochane hehehehe
Przepraszam was za dlugi brak notki, ale neta nie mialam, moi drodzy.
Nowa notke postaram sie dodac jeszcze przed 18 marca, poniewaz wtedy wyjezdzam na dlugie 2 tygodnie i nie napisze napewno ani slowa.
A teraz zycze wam milego czytania, komentujcie komentujcie cherrie!
Notke dedykuje mojej kochanej Werci, jak kto woli Latajacemu Wibratorowi buhahahah. Uwielbiam cie bucu moj :*
TWOJA KSIEZNICZKA CAMIILLA (przyszla oficjalna zona LESTATA OCH ACH JAK JA KOCHAM LESTATA!!!!!!!!!!!!!!!!!!)
A teraz to juz naprawde notka ^^
Platek Zasuszonej Rozy III
Pozostala sama. Ot, zostawil ja, przechodzac przez te wielkie drzwi, na samym koncu korytarza, z ktorych plynelo srebrzyste swiatlo ksiezyca, rozszczepiajace sie mlecznymi promieniami, niby cieply opal z perlowa masa, po tonacym w ciemnosci korytarzu.
Siedziala spokojnie, tulac drzaca glowe do kolan i zakladajac spocone rece na glowie, by nie widziec przez uchylone drzwi, co sie tam dzieje. Czula, ze cos waznego, choc nie za bardzo mogla dojsc, czy bylo to raczej dobre, czy zle. Krzyki ustaly, a potworna cisza ogarnela wykreowany dwor. Byla ona tak intensywna, ze az huczala w biednej glowie Hermiony. Byl to niezwykly kontrast z jej dziwnymi uczuciami. Nie chciala tej ciszy, pragnela by ktos cos wreszcie przemowil. Tak bardzo chcialo jej sie plakac, a jednoczesnie zawyc z dzikiej radosci. Ktos powiedzial, ze cisza jest najpiekniejsza. Piekniejsza od slow, dzwiekow czy odglosow. Hermiona zagryzla wargi, tlumiac w sobie szloch.
Jakos dotychczas nie wydywalo jej sie, ze prawdziwa cisza istnieje. Zawsze ja cos przerywalo. Oddech, krzyk w oddali, lekki podmuch wiatru tracajacy jesiennie liscie, ktore z szelestem opadaly na szara glebe. Nigdy tak naprawde nie wierzyla w cisze absolutna, a tu - prosze. Dzwiek ciszy rozsadzal jej obolala glowe, jakby wbijajac sztylety w kazda mysl.
Dziewczyna przymknela oczy, lsniace w hipnotyzujacym swietle ksiezyca. Cisza przepelniala jej dusze pustka i samotnoscia.
Nagle poczula, ze ktos ja obserwuje. Mrowiace uczucie ogarnelo jej cialo od stop po czubek rozczochranej glowy. Znow bala sie podniesc wzrok. Ten ktos musnal jej policzek dotykiem tak delikatnym, pulsujacym niezwyklym cieplem wewnetrznym, ogarniajacym swa lecznicza moca cala ciemnosc i cisze. Znow ten dzwiek pianina. Slodka melodia, iskrzaca posrod mroku, posrod odleglej ciszy. Juz nie bylo ciemno.
Hermiona otworzyla oczy i ujrzala Elisabeth, we wlasnej osobie, usmiechajaca sie lagodnie na tle tanczacych w swietle zielonawego ksiezyca promieni slonca. Nic nie rozumiala, ale jakos nie przerazal jej widok nocy zlanej z dniem. Tu, w tym sztucznym swiecie, nie przerazalo jej juz absolutnie nic. Spojrzala uwaznie na Elisabeth, smiejaca sie cala swa dusza i cialem do niej. Byla inna. Slodkie, szkarlatne rumience czerwienily sie na alabastrowej skorze, a szare oczy zalsnily szafirowo. Hermiona byla wrecz pewna, ze to juz nie ta sama osoba. Tamta sie oddalila, pozostawiajac za soba glucha cisze, tafle nieodkrytych lez posrod przestrzeni czasu. Caly jej usmiech wypelnial suche i jakby bardziej przyjazne wnetrze. Korytarz, na wpol rozdzielony swiatlem dziennym, a magia ksiezyca, zdawal sie cieszyc razem z Elisabeth.
Dziewczyna, czujac sie jak w kiepskim snie, otworzyla usta i zamarla w gescie zdziwienia. Elisabeth popatrzyla jej gleboko w oczy i w ulamku sekudny zrozumiala, jak bardzo Hermiona czuje sie skolowana i zagubiona. Poslala jej mily usmiech i przytulila do siebie.
Hermiona, z poczatku ogluszona dziwna cisza, poczula jak lzy Elisabeth skraplaja jej dekolt, niosac spokoj. Cisza sie poglebiala, a wszystko zaczelo wirowac. Elisabeth, dziwnie rozmyta w tym mlecznym swietle, wyjela zza niebieskiej sukni duzy kawalek szkla, ociekajacy krwia, ciepla i pulsujaca. Zobaczyla swoje odbicie, inne. Wszystko wirowalo, w kontrascie ciszy, ktora zawladnela jej umyslem. Odbicie sie oddalalo, Elisabeth je puscila, ktore rozbilo sie na tysiace malych czesci, iskrzacych w bladym swietle ksiezyca, by nastepnie chlonac promien slonca.
- Dziekuje - uslyszala Hermiona jedyne slowo, ktore obijalo sie nasteenie po jej glowie, jak echo. Przymknela oczy, czujac, ze odplywa w znana dal, w bezpieczenstwo i spokoj, a jednoczesnie w straszne zycie, tracane niebiezpieczenstawmi, chorobami i smiercia. Towarzyszyl jej akompaniament ciszy, ktora grajac na swych skrzypcach, ogarnela ja ciemnoscia.
* * *
Poczula, ze jest jej cholernie zimno, a platki lodowatego sniegu obsypuja starannie i dokladnie jej cialo, zmywajac jednoczesnie nieokreslony bol. Lezala na sniegu, a raczej we sniegu, majac wrazenie, ze zaraz umrze, a biel, w ktorej lezy, jest jej mogila, ktorej grabarz ciagle dosypuje nowej ziemi, to jest sniegu, zakopujac ja w smierci.
Otworzyla z trudem zlepione platkami sniegu powieki i pierwsze co ujrzala na wprost przed soba, bylo czarne, aksamitne niebo, nakrapiane srebrno-zlotymi girlandami gwiazd.
Przez chwile zastanawiala sie, gdzie jest, probojac naklonic swa glowe do jakichkolwiek wspomnien. Na prozno. Glowa jej, zwykle tak bystra i myslaca, nie mogla wykrzesic zza odmetow mysli zadnej wazniejszej informacji, ktora naklonilaby biedna Hermiona do poruszenia sie z tej zaspy sniegu. Wiec lezala tak posrod mroku, obserwujac bezsenswonie platki sniegu, tanczace i wirujace posrod magii nocy, by skroplic sie na jej czerwonym nosie. Przymknela znow oczy, myslac, ze to koniec, badz sen.
Powoli zapadala sie w ciemnosc, gdy wypowiadane slodkim altem, jak muzyka jazzowa, slowo "dziekuje" znow obilo jej sie w podswiadomosci, a obraz swojego odbicia w tysiacach malych kawaleczkow pokrawionego lustra powrocil do pamieci. Natychmiast otworzyla oczy i podniosla sie, strzepujac olbrzymie platy srebrzystego sniegu ze swojego ubrania. Nie miala sukienki. Bylo to pierwsze, co rzucilo jej sie w oczy.
Drugie, ogarniete nieokreslona euforia, co rzucalo sie Hermionie w oczy, byl zamek, lsniacy posrod nocy, odbiajacy sie tysiacami roziskrzonych swiatelek w ciemnej tafli jeziora. Hermiona dlugo tak stala, patrzac daleko w zamek, czujac cieply wrzatek, ktory rozgrzewal jej zmarzniete cialo. Byla spowrotem. To byla jedyna mysl. Bo czy to wazne jak?! Pamietala tylko mleczny usmiech Elisabeth, samotnosc, huczaca w jej uszach cisze, rozszczepione swiatlo krzezyca i te tanczace w mroku promienie slonca, pachnace wiosna, nagrzana sloncem trawa. Pamietala Malfoya. Jego pocalunek.
Hermiona az zlapala sie za glowe. A jesli to byla tylko fikcja? Moze zasnela w tym cholernym sniegu? Przeciez tam, w tym odlegym swiecie nie bylo nic realistyczne. Czula sie tam jak we snie. Ten odmieniony wyglad, nagla milosc do Malfoya i wzajemnosc. W Z A J E M N O S C ?! A nawet jesli to bylo, to jak bedzie teraz? Gdy jest znow w Hogwarcie? On jej nie kocha. Ona byla tylko zabawka. Kazdy potrafi powiedziec te slowa. W jego ustach maja dziwny niesmak, z lekka ironiczny. Jest taka naiwna, ze go pokochala. Calym swym sercem, cala dusza. Jak spojrzy w oczy Ronowi? Nie bedzie potrafila. Jeszcze niedawno jednym jej marzeniem bylo, by wrocic do Hogwartu, a teraz, ogarnieta niepokojem, wpatrzona obojetnie w zamek, chciala zapasc sie pod ziemie i zasnac na zawsze.
Ale.. wlasciwie to nie pomogla wcale Elisabeth. Bo coz zrobila? Czyzby Malfoy jej pomogl, wkraczajac do dziwnej sali, zalanej ksiezycem?
Pytania dwoily sie i troily, i im wiecej ich bylo, tym bardziej Hermiona czula sie beznadziejna.
W koncu postanowila wziac sie w garsc i ruszyc zmarzniety tylek. Bez chwili namyslu ruszyla przez zaspy, by ujrzec w czarnej tafli jeziora swa dawna twarz, z burza zloto-burszytowych lokow i orzechowymi oczami lsniacymi na twarzy, o poludniowym kolorycie.
Zatrzymala sie trzezwo przed woda, lapiac swoje loki i kucajac, by przygladnac sie im z bliska.
Owszem, byly to stare wlosy Hermiony Granger. Nie zadne czarne. Nie bylo tez jasnych, lazurowych oczu, osadzonych na bialej jak papier twarzy, tylko jej mile, orzechowe oczy. Jak bardzo siebie kiedys niedoceniala! Mimo, ze w sukniach i gorsetach, wygladala pieknie, a wysokie, piekny fryzury lsnily przepychem XVIII wieku na jej glowie, to widok starej, znajej twarzy, napelnil dziewczyne cudownym, kojacym uczuciem. Wstala natychmiast, majac za zamiar isc prosto do zamku. Chyba nie stracila nic w czasie (Jakaz bylaby to tragedia, gdyby nie bylo jej 3 dni! Doprawdy, stracila by tyle nauki..), bo ksiezyc lsnil taka sama barwa, jak tamtej nocy, snieg wirowal tak samo, i wogole, wszystko bylo takie jak wtedy. Odwrocila sie i az struchlala, widzac pare metrow od miejsca swego przebudzenia, rozkopanego w sniegu Malfoya, ktory spal przykryty calkowicie sniegiem.
- O matko! -pisnela z odcieniem histerii, biegnac w ekspresowym tempie ku chlopakowi.
"Jesli on nie zyje? Moze zamarzl na smierc!"- obijalo sie w jej glowie, siejac pustke. Doprawdy, jak mogla go nie zauwazyc!
W ulamku sekundy znalazla sie przy nim, patrzac na niego z rosnaca czuloscia.
Wygladal jak ksiaze, spowity podmuchem smierci.
Niezwykle blady, z zamknietymi majestatycznie oczyma, ktore oslanialy wachlarzyki ciemnych, prostych rzes. Tanczace platki sypaly obficie na jego twarz, przykrywajac jego bladozlote wlosy niewinna biela. Nawet we snie wyraz jego rozowych ust byl jakby kpiacy.
Hermiona zdala sobie sprawe, jak bardzo tesknila za tym widokiem. Mogla tak patrzec na niego, zlego ksiecia, godzinami. Ale szybko przestala, dotykajac jego lodowatej dloni. Trzeba go obudzic, bo jeszcze umrze, a ona bez niego zyc nie potafi.
- Draco - wyszeptala cieplo, odgarniajac jego zlote wlosy ze sniegu.
Brak reakcji. Malfoy spal dalej, z kamienna twarza alabastrowego aniola na cmentarzu. Byl taki piekny..
- DRACO! - wrzasnela juz placzliwie. Szturchnela go lekko, czujac ze dretwieje z zimna.
Malfoy poruszyl sie niespokojnie, po czym otworzyl oczy. Popatrzyl zszokowany w Hermione, a usta uchylily sie mu ze zdziwienia.
- Umarlem? - spytal lamiacym sie glosem, lapiac sie za glowe i rozgladajac sie nieprzytomnie naokolo.
Hermiona przygryzla dolna warge. Dziwnie sie czula. Jakos nie chciala z nim rozmawiac, po tym co zaszlo w wyimagowanym dworze. Wstydzila sie. A jednoczesnie chciala sie do niego przytulic, lub chocby dowiedziec sie, co sie stalo, ze sa spowrotem. Jesli to nie byl sen.
- Och - wystekal Malfoy, wstajac gwaltownie i patrzac z upodobaniem na zamek - Hogwart. - po czym skierowawszy swoje jasne i chlodne jak zrodlo teczowki na dziewczyne, zapytal sie z dziwna ironia, jakby czytajac w jej myslach :
- Co sie wogole stalo, ze wrocilismy? Zrobilem cos, lub ty? Jesli to nie byl jakis glupi sen.
Hermiona popatrzyla na niego z zaskoczeniem. Do tej pory zyla w przekonaniu, ze to on sprawil, iz wrocili.
- Czyli to nie byl sen. Tez sie nad tym zastanawialam, myslalam, ze to ty cos zrobiles, idac tam..- zaczela, zalewajac sie goracym rumiencem.
Draco to zauwazyl. Na jego czerwonych ustach zaigral lekki, kpiacy usmiech, doprowadzajac jednoczesnie biedna Hermione do rozpaczy.
- Poszedlem tam - powiedzial z czystym rozbawieniem - i zobaczylem te babe, ktora nas tam sprowadzila. Opowiedziala mi wszystko, te jej banalna opowiesc o milosci, wtedy, gdy ty ryczalas po katach..
Hermiona z trudem opanowala cisnace sie na jej oczy lzy. Szybko odwrocila wzrok, by nie patrzec na Dracona.
- Ryczala, jak to baby, ale dosc dziwnie. Trzymala ciagle jakies pokrawione lustro i odlamywala co chwila wieksze kawalki, z taka latwoscia, jakby byla to jakas czekolada - ciagnal - Sluchasz ty mnie, Granger?
Hermiona rzucila mu pelne rozpaczy spojrzenie spode lba. Czy on nic nie pamieta?
Skinela z rezygnacja glowa.
- No to tak - nabral oddechu - gdy mnie zauwazyla, przestala ryczec, tylko skoczyla do mnie i zaczela mi dziekowac, sam nie wiem za co, psiakrew. Byla jakas nawiedzona, jeszcze bardziej niz zwykle. I miala troche inny wyglad. Nie taki mizerny. Poleciala potem do ciebie, zostawiajac mnie samego w tej cholernej sali. Potem zrobilo sie ciemno, a potem - tu popatrzyl jakby w bok - Obudzilas mnie ty. I jestesmy spowrotem, Granger. - dodal szybko, kryjac dziwny wyraz oczu, pod ironicznym spojrzeniem stalowych teczowek.
- Ja tez nic nie zrobilam. Nie rozumiem - wyznala cieplym szeptem Hermiona.
- Moze nam kiedys powie, czy cos. Najwazniejsze, ze jestesmy w Hogwarcie. A teraz pozwol, ale mam zamiar isc do zamku - to mowiac, ruszyl przez zaspy srebrzystego sniegu, pozostawiajac biedna Hermione sama ze swoim bolem.
Zrobil pare niepewnych krokow, z upodobaniem dotknal swoich bladozlotych wlosow, by nastepnie sunac energicznie przez snieg. Na odchodnym, zatrzymal sie jednak i obrocil swa piekna, zalana blaskiem ksiezyca glowe ku dziewczynie.
- Granger.. Zapomnij o tamtym - krzyknal jej z oddali, po czym zniknal w ciemnosci.
Hermiona dlugo tak stala, posrod nocy, nakrapianej gwiazdami, ktore rozsczepialy swe blade swiatlo w biel tanczacych platkow sniegu.
Dlugo w jej glowie odbijaly sie slowa Malfoya, by o tamtym zapomniala. O t a m t y m.
Nie potrafila. Dlaczego jest taka naiwna? Znow dala sie wykorzystac, napelniajac sie bezsensowna nadzieja. Przeciez to byl MALFOY. Czy wtedy tego nie zauwazala? Trzeba by sie wziac w garsc. Nie moze tak stac, bo sie jeszcze powaznie przeziebi. Ale.. czy to mialo jakies znaczenie? Kiedy przy tych slowach, wypowiadanych obojetnie i swobodnie przez Dracona, w oczach jej sie zacmilo i przez malutki ulamek sekundy miala wrazenie, ze wszystko wokol sypie sie, wali i rozpada w gruzy. Nastepnie splynela po jej zimnym policzku niepochamowana lza, zarysowujac sie cieplym konturem na tym zimnie, co sprowadzilo ja do rzeczywistosci. Tyle ze o wiele bardziej ponurej, pozbawionej wszelakiego sensu i nadziei.
Wraz z tymi zwyklymi, a jednoczesnie tak wiele znaczacymi, zmieniajacymi jej zycie slowami i oddalajacym sie Malfoyem, oddalila sie cala jej wiara w lepsza przyszlosc i milosc.
Spojrzala obojetnie w snieg. Nie wydawal sie jej juz taki piekny.
"Beznadziejny swiat"- pomyslala ze smutkiem i kopnela zaspe sniegu, ktorej czesc, iskrzac srebrzystym blaskiem, wyladowala na taflii jeziora, psujac jego idealna gladkosc.
Juz miala isc, kiedy dziwny przedmiot przyklul jej uwage. W powietrzu czuc bylo niezwykla atmosfere. Zupelnie jak wtedy..
Hermiona schylila sie w mgnieniu oka i wygrzebala zza sniegu malutki, delikatny przedmiot.
Wziela go w skulona dlon i przyjrzala sie z bliska. Byla to roza. Piekna, jakby skamieniala, a jednoczesnie niewzykle zywa i pachnaca przepychem TAMTYCH lat. Hermionie stanely az lzy w oczach. Skamieniala roza, kremowa, tchnela az smutkiem przemijania. I pieknem. Pieknem milosci. Dziewczyna przycisnela go do serca, czujac ze placze.
Mogla przysiac, ze o jej uszy obilo sie wypowiadane cieplym altem "dziekuje".
* * *
Sama nie zdawala sobie sprawy, iz widok, oburzonej do granic mozliwosci jej nocna przechadzka, Grubej Damy, wywoluje na jej melancholinej twarzy cien usmiechu. Stala tak chwilke, usmiechajac sie glupawo do obrazu, po czym, pamietawszy wciaz doskonale haslo, weszla do ukochanego pokoju gryfonow, z tak bardzo utesknionymi przez nia fotelami, na ktorych zwykle siedzialy rozchichotane gryfonki, z wesolo trzaskajacym na kamiennym kominku ogniem, siejacym po zimnej komnacie cieplo i mila przytulnosc, oraz z jej ukochanymi przyjaciolmi.
Tak bardzo stesknila sie za Harry'm i Ronem!
Poczula dziwne uklucie w sercu, przypominajac sobie jej pobyt u Elisabeth, gdzie nie pamietala ani troche o jej serdecznych przyjaciolach.
"Egoistka"- rozbrzmial po jej glowie cieniutki glosik, z oskarzycielska tonacja. Myslala tylko o sobie, jak sie wydostac. I o Malfoyu. Reszta ja nie obchodzila.
Teraz, gdy wkroczyla juz do komnaty, pograzonej w blogiej ciszy nocy oraz ciemnosci, stala tak, wdychajac slodki zapach Hogwartu.
Siegnela szybko po rozdzke, z lekkim odcieniem przestrachu, iz mogla ja zgubic. Poczuwszy jednak cieple drewno w swojej zimnej dloni, ktore znajdywalo sie w prawej kieszeni jej szaty, wyczula przyplyw sil. Nie byla juz taka bezbronna.
Zrecznie wywinela rozdzka, wypowiedziala szeptem zaklecie i snop czerwono-zielonych iskier przeszyl swym cieplym promieniem ciemnosc, by trafic w kominek, gdzie natychmiast pojawil sie roztanczony ogien. Hermiona padla obojetnie na wysiedzony fotel i przymknela oczy.
W jej glowie wciaz huczaly slowa Malfoya, a jej pamiec wciaz produkowala obrazy przedstawiajace glownie jej postac z nim, wtulonych do siebie w ciemnym korytarzu.
Jak on jej mogl cos takiego powiedziec. Po tym, co sie stalo w tamtym swiecie. W sumie, nawet godzine temu.
Jak ona bedzie mogla teraz zyc, nie mogac patrzec mu w oczy, ktorych tak bardzo potrzebowala. Tych slodkich, srebrzysto-niebieskich oczu, w ktorych lsnily zaczepnie rozkoszne iskierki kpiny i rozbawienia, tak doskonale pasujacego do jego ust, koloru przecietego arbuza, ktore wyginaly sie ironicznie na tysiace sposobow w najrozniejsze usmiechy. I ta jego charyzma, nonszalanckosc, ta niesamowita energia.
Byl czyms w rodzaju ciezkiego narkotyku, od ktorego nie sposob bylo sie uwolnic.
Byla dziwnie pusta i wszystko zdawalo sie jej byc obojetne, jakby usunieto jej cala energie i radosc zycia, pozostawiajac na wierzchu sucha, pusta skorupe. Albo jakby Malfoy wycial jej wnetrze stalowymi nozyczkami i poszedl, tam w tym sniegu, zabierajac jej dusze razem ze soba.
Hermiona zanurzyla swoja drzaca dlon do kieszeni od szaty i wyciagnela z niej sliczna rozyczke. Pamiatke po Elisabeth i calej tej przygodzie.
Przylozyla ja do nosa i cala piersia wdychala rozkoszny zapach, ktory kojarzyl jej sie glownie ze starymi perfumami jej mamy, ktore rozpylala na swa szyje, gdy Hermiona byla jeszcze malym dzieckiem, oraz z kwiatem dzikiej rozy. Tworzylo to niezwykla kompozycje, laczaca mile i smutne wspomnienia dziecinstwa, razem z rozkolysujaca zmysly slodkoscia kwiatu.
Dotykajac cieplej, zastyglej rozy, ktora byla jednoczesnie tak zywa, miekka i wilgotna, Hermiona przymruzyla zmeczone oczy, pod ktorymi czula juz powoli piasek. Siedziala tak dluzsza chwila, nasluchujac ciszy, przerywanej wesolymi trzaskami ognia w kominku, wdychajac cudowny aromat i wspominajac Malfoya, lezacego posrod brokatowego sniegu, iskrzacego intenstywnie w swietle ksiezyca. Slodki ksiaze ciemnosci. Tak mogla to ujac. Zadne slowa nie opisalyby jego piekna, ktore wibrowalo na cala przestrzen, podobnie jak te platki sniegu. Zaraz potem rozhuczaly w jej glowie znow te straszne slowa i Hermiona, czujac naplywajace do jej przymknietych oczu lzy, wstala gwlatownie i spotkala sie oko w oko z Ronem, ktory wlasnie zszedl z dormitorium chlopcow, by sprawdzic kto sie tak po nocy tlucze.
- Ja sie tlucze?! - nie dowierzala Hermiona, opanowujac z trudem chec rzucenia sie Ronowi na szyje. Przeciez oni nie wiedzieli, gdzie byla. Dla nich bylo to normalne. Nie mozna sie zdradzic. Nie ma ochoty rozpowiadac tego przezycia nikomu, wystarczy juz Malfoy.
Ach! Znowu to bolesne uklucie, jakby ktos z calej sily trafil rzutka prosto w jej serce, przelamowujac je na tysiace drobnych kawaleczkow.
- Ano, tluczesz sie. Co ty taka dziwna, hm? - spytal niby obojetnie przyjaciel, ale jednak z dziwnym blyskiem w bursztynowym oku.
- Ee.. - Hermiona, postawiona w brutalnym obliczu prawdy, szukala zawziecie klamsta, by zamaskowac swoj bol - Wydaje ci sie - powiedziala z klopotliwym usmiechem pierwsza lepsza odpowiedz, jaka przyszla jej w tej chwili do glowy.
Ron popatrzyl na nia uwaznie, jakby przeswietlajac jej dusze na wylot.
- Sluchaj, Hermiono. Chcialbym porozmiawiac - orzekl on oficjalnym tonem i zamrugal nerwowo.
Dziewczyna popatrzyla mu szybko w oczy, po czym natychmiast odwrocila zamglony wzrok. Nie chcialo jej sie teraz z nim rozmawiac. O nie. Nie o NICH. Nie bylo nich. Byla tylko ona. Ona i jej bol. Hermiona patrzyla sie w swoje niezwykle interesujace paznokcie, czujac na twarzy swirdujace spojrzenie bursztynowo-brazowych oczu, w ktorych rysowal sie znak zapytania. Wiedziala, o co on sie ja zaraz zapyta. To bylo jak meczacy, oklepany scenariusz. Chciala isc w koncu do swego lozka, pasc na wykrochmalona koldre i porzadnie sie wyryczec. Tylko to moglo jej w tej chwili choc troche pomoc.
- Przepraszam cie, Ron, ale nie mam sily rozmawiac - odpowiedziala sucho i rzucila mu krotkie, ostre spojrzenie. Chlopaka odrzucilo az w tyl.
Oblal sie goracym rumiencem, zalewajacym jego piegowata twarz az po same koncowki miedzianych wlosow. Przygryzl warge.
- Do rana - powiedziala jeszcze, skrecajac w strone sypialni dziewczat i kierujac swe skolowane nogi ku marmurowym schodom.
Wciaz trzymala w zamknietej dloni roze.
Schowala ja troskliwie do kieszeni od szaty, czujac dwie struzki cieplych lez, splywajacych cieplem po jej policzku.
* * *
Minely dwa szare dni, ciagnace sie dla Hermiony niczym wiecznosc. Z kazdym dniem lutego robilo sie coraz cieplej, a w rzeskim powietrzu mozna bylo wyczuc nutke nadchodzacej wielkimi krokami wiosny, pomimo wciaz trwajacej zimy i mrozu.
Hermiona otworzyla zaspane oczy i lezala tak chwile, posrod goracej poscieli, probojac sobie przypomniec, o czym tez snila.
Lezalaby tak i dluzej, jednak mysl o trwajacym od siedmiu godzin poniedzialku, nie dawala jej spokoju. Chciala tez powtorzyc jeszcze historie magii, na ktorej miala dzis sprawdzian. Wczoraj nie byla w stanie sie uczyc, jak i zreszta dzis nie jest, jednak nie chciala zaliczyc zlej oceny. Moglaby chociaz troszke poczytac, by nie skompromitowac sie przed klasa i nauczycielami swa nagle zmiana. Ktos moglby sie jeszcze zaczac martwic, skad taka zmiana. A o tym nie chciala Hermiona rozmawiac z nikim.
Zwlokla sie powoli z lozka, po czym stanela automatycznie przy oknie, patrzac obojetnie w niebo.
W nocy znow spadl olbrzymi snieg. Teraz, rankiem, niebo bylo juz calkowicie czyste: szafirowe i pelne chwaly. Mroz przeszywal powietrze, a slonce z euforia krzesalo w zaspach sniegu cale chmary zimnych, tanczacych plomyczkow, ktore iskrzyly teczowo na calych terenach zasypanego Hogwartu. Cala ta gra barw nie robila jednak na biednej Hermionie zadnego wrazenia. Przeciwnie, zirytowana tym sniegiem, ktory kojarzyl jej sie od tamtej nocy glownie z Malfoyem, przeklnela pod nosem i pokrecila z niezadowoleniem glowa.
Znow o nim mysli. Jakby nie bylo jej dosc.
Zycie Hermiony toczylo sie na pozor po dawnemu, lecz nie byla to juz ta sama osoba. Wciaz pogrozona w myslach o nim, zaczynalo byc jej szczerze obojetne, co mysla sobie o niej inni. Przestaly ja obchodzic ksiazki, do ktorych nie byla w stanie zasiasc i zaczerpnac swojego dawnego relaksu. Nie zwracala juz nawet zbytnio uwagi na swoich przyjaciol, ktorzy wydali jej sie dziwnie obcy i szarzy na tle Dracona, ktory doprowadzal ja juz do rozpaczy zupelnej, traktujac ja jak powietrze. Nawet na nia nie spojrzal od tamtego momentu!
I im bardziej Hermiona starala sie przed nim ukryc, tym bardziej palec przeznaczenia kierowal go wlasnie na jej smutna postac, smetnie wlakaca sie po kotyrarzu i mijajaca swego zlotego ksiecia, ktorego i tak miala juz dosc przed oczyma o kazdej porze dnia i nocy.
Gdyby chociaz zadrwil! Wysmial, przezwal, upokorzyl! Ale nie. Dla niego Hermiona Granger po prostu przestala istniec, zupelnie jakby byla mydlana banka, rozprysnieta przez jedno delikatne dotkniecie na miliony smutnych elementow, wchlonietych przez codziennosc.
Czula sie tak beznadziejnie, samotnie i nieszczesliwie jak nigdy dotad. Wszystko sie posypalo, a teraz, patrzac beznadziejnym wzrokiem w pozolka stronnice grubej ksiazki, literki przeskakiwaly i laczyly sie w zupelnie niezrozumiale dla glowy wyrazy, nie dochodzace do jej swiadomosci. To bylo bez sensu. I tak nie potrafila sie skupic. Odlozyla wiec gruba ksiege na stoliku i poszla w kierunku lazienki.
Oczywiscie, jak zawsze, lazienka zajeta byla juz przez Lavender i Parvati, ktore, chichoczac donosnie, sklejaly sobie rzesy tlusta warstwa czarnej maskary, lub obrysowywaly nieprzytomnie swoje oczy rownie czarna kredka. Hermiona westchnela z rezygnowaniem.
Miala zamiar troche sie umyc, by nie przypominac wciaz nieszczesnego pomidora, ktorego nos lsnil w swietle dnia podwojna brzydota, aniezeli by w noc, kiedy jest ciemno. Ale przeciez i tak bylo to jej obojetne. Bo dla kogo ma sie starac?
Ubrala sie pospiesznie, wciagajac byle jaki sweter i niestarannie szarpiac szate z wyszytym godlem Gryffindoru, po czym weszla w wesoly gwar gryfonow, ogrzewajacych sie przy kominku.
Z kamiennym wyrazem twarzy przeszla obojetnie kolo rozhukanej Ginny, opowiadajacej wesolymi chichotami jakies bzdurne historie milosne swym smiertelnie zaciekawionym kolezankom, kolo Seamusa, ziewajacego rozdzierajaco na zmiane ze swym przyjacielem Deanem Thomasem, obok Rona, wpatrzonego bez cienia nadziei w podrecznik od historii magii i wreszcie kolo Harry'ego, ktory, patrzac co chwila w szafir nieba, pisal zawziecie jakis list. Wygramolila sie z obrazu Grubej Damy na szary, zalany polmrokiem korytarz i ruszla chwiejnym krokiem w strone Wielkiej Sali, wciaz pograzona w swych smutnych myslach. Bylo jej potwornie smutno i niedobrze. Czula sie jakby ktos wyrwal z niej cala dusze, po czym zmieszal ja z blotem i w takim wlasnie stanie wpakowal spowrotem.
Wlokla posepnie nogami, patrzac na lsniaca posadzke, ktora stopniowa wplywala w ciemnosc, roziskrzona przez fruwajace przed jej oczyma swiatelka, az w pewnym momencie, cos lub ktos, odbil sie od niej i upadl z rozdzierajacym cisze hukiem, zabierajac jednoczesnie swa sila skolowana Hermione na podloge.
* * *
Zeby czlowiek nie mogl sobie spokojnie przejsc po korytarzu, to odrazu ktos musi na niego wpasc!
Czujac wscieklosc, zalewajaca jego cialo pulsujacym goracem, Draco Malfoy podniosl swe srebrzyste, chlodne jak lod teczowki i ujrzal u swoich stop burze rozczochranych brazowo-zlotych wlosow, opadajacych lokami po drobnych ramionach oraz niezwykle cieple, rozkojarzone spojrzenie orzechowych oczu, w ktorych lsnily jak dwa plomyki krysztalowe lzy. Tylko tego tu brakowalo! Cholernej Granger, ktorej mial zaszczyt nie zechciec widziec do swego konca zycia. Rzucil jej pogardliwe spojrzenie, dajac jej tym samym do zrozumienia, w jak glebokim powazaniu ma ja, oraz jej histeryczne beczenie. Ile mozna?! Tam ryczala, tu ryczy tez, czy to ciele nie ma zadnego uodpornienia zyciowego?
Juz mial wyglosic interesujaca opinie na temat calej tej sprawy, kiedy ugryzl sie w jezyk. Tamto pozostalo. Pamietal jej spojrzenie. Pamietal jej i swoje lzy.. Obiecal sobie nigdy nie zranic Granger, sam nie zdajac sobie sprawy, ze to wlasnie ta bezinteresownosc rani ja o wiele bardziej, aniezeliby jego cyniczne kpiny. Szybko odwrocil wzrok, czujac jak fala wscieklosci natychmiast ustepuje uczuciu potwornego upokorzenia i wstydu. Tak bardzo staral sie jej unikac, by zetrzec ze swej pamieci jej obraz. Tak bardzo staral sie o TAMTYM wlasnie zapomniec, bo wiedzial, ze to i tak nie mialoby najmniejszego sensu. I akurat wlasnie dzis musial na nia trafic.
- O - powiedzial cicho, symulujac lekko zdziwienie - Granger.
Wciaz unikajac jej zasnutego mgla wzroku, wstal energicznie i otrzepal sobie szate, starajac sie by jego mina przybrala zwykly, ironiczny wyraz.
Hermiona milczala. Ta jej cisza byla potwornie denerwujaca, wiec Malfoy, rozluzniwszy sie troche, skierowal swoje chlodne spojrzenie ku lezacej dziewczynie, a zimny dreszcz przebiegl mu po plecach.
Twarz Hermiony, biala jak papier, zaslonieta czesciowo zlocistymi lokami, lezala nieruchomo na kamiennej posadzce posrod szarego kurzu.
Z jej lekko uchylonych popekanych ust, wydobywal sie srebrzysty strzep oddechu, tak doskonale widoczny na lodowatym zimnie. Rece Hermiony znajdowaly sie po obu stronach jej cienkiej talii, zwijajac sie bezradnie. O Boze. Umarla?! Niemozliwe.
Malfoy, przerazony tym tragicznym widokiem Hermiony, ktora sprawiala wrazenie niezywej, zesztywnial i przez chwile bal sie poruszyc.
Po krotkiej chwili, zdal sobie sprawe, ze poruszyc sie musi, a impuls byl tak silny, ze porwal sie energicznie ku dziewczynie, by nastepnie zlapac ja za rece i tarmosic, ryczac ochrypialym glosem, by oprzytomniala.
- Granger, cholero, co ci? - zapytal w przestrzen pustego korytarza, patrzac na jej polprzymkniete orzechowe oczy.
- Zemdlalas? - spytal glupio, obracajac swa glowe we wszystkie mozliwe strony, i modlac sie, by nikt nie zechcial przechodzic kolo nich w celu patrzenia na tak dziwne sceny, jak targanie za wlosy omdlalej Granger.
Draco doszedl do wniosku, ze nie moze zwlekac z ratunkiem. Nie pozostawi nieprzytomnej, zimnej jak lod i dziwnie chorej na twarzy Granger posrod pustego korytarza. Z trudem lapiac oddech, wzial ja wiec energicznie na rece, po czym, skierowawszy swe nogi ku skrzydlu szpitalnemu, ruszyl szybko po schodach, dudniac swymi chwiejnymi krokami.
Czy wiecie? Ze wszytskich rzeczy wiecznych milosc jest najkrotsza..
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-03-05| 22:57:28|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (164)
Platek zasuczonej rozy II
Haaa zadowoleni? Nowa notka. :D. Bedzie nieco ckliwie (buhehhe), moze akcja sie troszke poglebi, ale zreszta, to co ja bede pisac, zobaczycie sami.
Chce podkreslic, ze widze, ze duzo Was tu wchodzi, a malo ktorzy zostawiaja komentarze (kochani, komentarze sa bardzo wazne buheheh bo wtedy motywuja mnie do dalejszej pracy, a tak to nie wiem czy mi sie chce pisac i dlatego wszystko tak dlugo trwa) i jest mi raczej przykro.
Nie mam talentu? Czy co? Macie mi (po przeczytaniu notki, buce kochane) pozostawic opinie. Co sadzicie. I tyle. Ja wiem co sie bedzie dalej dziac, siora tez :D:D:D A teraz cos baaaardzo waznego:
WAZNE:
Jak juz w komentarzach poprzedniej notki zawiadomilam uprzejme towarzystwo, zmieniam styl pisania. Na jaki? Sami zobaczycie. Dosc pisania pamietnikowego.Dosc samej Herm, wazni tez inni. A teraz zycze wam milego czytania i duzo komentarzy sobie hehehhe
KOCHAM WAS BUCE! OD TEGO KIEDY BEDZIE NOWA NOTKA, ZALEZY TYLKO WASZE ZACHECAJACE KOMENTARZE (o boze, ale ja sie upraszam) :D
A tak poza tym, to jeszcze zycze Wam udanych Walentynek, mnostwa kartek, tajemniczych wielbicieli, a we wtorek to ja juz mam urodziny i koncze az 14 lat hehehehehhehehe MUA :*
Rozdzial II - "Platek zasuszonej rozy II"
-Wcale nie chce stad isc.. -dodal jakby po chwili namyslu Draco, wypuszczajac jej biala dlon i przejezdzajac zimnym palcem po jej plonacym policzku. Odgarnal delikatnie czarne wlosy z jej czerwonych od placzu oczu i usmiechnal sie lekko. Nie byl to usmiech drwiacy. Nie usmiech Malfoya. W tym momencie Hermiona przestala wierzyc juz we wszystko, a cala ta opowiesc Elisabeth wydawala sie jej calkowicie nierealna i pozbawiona sensu. Czula sie jak w ciemnym koszmarze, jak we snie pelnym wyblaklych slow i pustych nadziei. Wszystko pogarszalo jeszcze czekoladowe spojrzenie Malfoya i jego zimne palce na jej plonacym policzku. Przymknela oczy, czujac swidrujacy wzrok Malfoya na swojej twarzy. Byla kruchym, zasuszonym platkiem rozy, ktory pod wplywem czyjegos dotyku rozpadal sie w tysiace drobnych kawaleczkow.
Niespodziewanie poczula cieple, slodkie wargi na swoich slonych od lez, czerwonych ustach, a jej serce zamarlo z wrazenia, czujac jego jezyk, wnikajacy miedzy jej zeby, odbierajac jej rozum i sprowadzajac do oszolomienia, ktore ogarnelo nia tak nagle.
Zapominajac o calym swiecie, lapiac z trudem oddech i oplatajac cieplymi dlonmi Malfoya, Hermiona poczula, ze wszystko w niej plonie. Serce, ktore bilo jej do tej pory szybkim, nierownym tempem, zamarlo nagle, przepelniajac jej wnetrze glucha pustka, piekielnie klujaca. Rozlepila ociezale powieki i popatrzyla na Malfoya nieprzytomnym wzrokiem. Stal spokojnie, wciaz trzymajac dziewczyne czule w talii, jego (tutejsze) czekoladowe oczy iskrzyly jakims namietnym blaskiem w bladym swietle swiec, a na czerwonych ustach drzal delikatny usmiech.
Stali tak dluzsza chwile, posrod mroku, w ktorym rozblyskaly wesolym ogniem miedziane plomyczki w ciemnobrazowych lichtarzach, posrod kojacej zmysly ciszy, przerywanej tylko muzyka rozszalalego deszczu, lamacacego obficie w okiennice i posrod stykajacych sie niesmialo spojrzen, ktore wyrazaly wiecej niz tysiace slow.
Hermiona wyraznie czula, jak w swej skolowanej duszy rysuje sie nowe, gorace uczucie. Czarna dziura, w ktora wpadla, zapowiadajaca pasmo klotni, nieszczesc i nienawisci. Gdzies tam, w resztkach swej wyobrazni, ktorej zostala brutalnie pozbawiona przez jeden pocalunek, widziala brazowe oczy Rona, iskrzace gniewem i smutkiem. Ale to nie mialo znaczenia. Nie teraz.
Malfoy zanurzyl swoje dlugie palce w jej rozwalonych czarnych wlosach, splywajacych falami po okraglych ramionach. Owinal sobie ciemny lok wokol palca i popatrzyl dziewczynie gleboko w oczy, wprawiajac jej serce w ponowne, szybkie lomotanie oraz piekacy zar.
- Te zlotobrazowe sa jednak ladniejsze -powiedzial Hermionie wprost do ucha cieplym szeptem.
To sprowadzilo ja na ziemie. Poczula sie tak, jakby ktos oblal ja kublem lodowatej wody.
- AAAA! -ryknela przerazonym glosem, z trudem lapiac oddech i rzucajac wystraszone spojrzenie ku zwierciadlu, ktorego zmetniale odbicie przedstawialo wlasnie ja sama i Malfoya, wtulonych do siebie i sklejonych, patrzac sobie namietnie w oczy.. Ją i MALFOYA!
- O rany boskie! -pisnela histerycznie, wyrywajac sie gwaltownie z jego uscisku i trzezwo ruszajac ku drzwiom, wciaz w stanie glebokiego szoku. Wolala nie ogladac sie za siebie, oczami odzyskanej wyobrazni widzac jego zgorszona, drwiaca czy patrzaca na nia z ironia mine. Rzucila sie otwierac drzwi, nerwowo szarpiac mosiezna, pozlacana klamke, po czym wybiegla jak oszalala na ciemny, wilgotny korytarz, dlawiac sie lzami upokorzenia.
* * *
Byl wsciekly. Rzucil ponure spojrzenie na cholerne, obite w ciezka, zlota rame lustro i przyjrzal sie z uwaga w swoje odmienione odbicie. Na jego sniadej twarzy wybil sie szkarlatny rumieniec, ktory rozlal sie goracem po calej twarzy, a jego zaczerwienione wargi drgaly nerwowo i niebezpiecznie. To wszystko przez te cholerna idiotke. Nie potrzebnie pozwolil sobie na przelotne czulosci, i to w dodatku na jakiejs obczyznie, gdzie nie ma nawet swojego wygladu, ktorego tak lubil.
Tu wygladal jak jakis przeklety aksamit. Czarna, lsniaca grzywka opadala mu ukosem na sniade czolo, na ktorym iskrzyly ponure, czekoladowe oczy, patrzace na wlasne odbicie z dzika zloscia. Malfoy przygladzil automatycznie grzywke, ktora spadala mu na oczy, myslac pogardliwie o Granger.
Bo w sumie, zawsze go w jakis sposob pociagala. Z ta swoja nieprzecieta inteligencja, zlotobrazowymi lokami i blyszczacymi, orzechowobrazowymi oczami wyrozniala sie posrod innych dziewczyn, ktore wydawaly sie Draconowi szare, nijakie i bez charakteru.
Co prawda, Malfoy nie przepadal za szlamami, rozpamietujac w kolko nauki ojca (szlamy i mugole na stos), ktory byl jego autorytetem, jesli chodzi o sposob bycia, ale ona byla inna. Jeszcze niedawno przypadkowe dotkniecie jej reki, bylo czyms, o czym myslal ze wstretem na ustach.
Malfoy oderwal wzrok od matowego odbicia i przeszedl powoli przez komnate, zatrzymujac sie przy oknie, zaslonionego szczelnie okiennicami, ktore po chwili otworzyl, rozgladajac sie z ciekawoscia po tym dziwnym swiecie.
Czekoladowym oczom Malfoya z glebokimi, czarnymi jak wylot strzelby zrenicami ukazal sie las, mroczny, cichy i pusty.
Ciemnozielony, blednacy w swietle srebrzystego, hipnotyzujacego ksiezyca, spowity byl letargicznym bezruchem. Nie bylo tu zadnej zywej duszy, a na ciemnozielonych drzewach nie drgala nawet jedna szara galaz. Wszystko to tonelo w srebrzystej, zamglonej szarosci.
Wogole bylo jakos dziwnie. Deszcz co prawda przestal padac, ale nie pozwalal o sobie zapomniec: ciezkie chmury zwisaly posepnie na
granatowym niebie. Wilgotne powietrze, pachnace mgla i deszczem, przesycala niezwykla srebrzysta poswiata, w ktorej wszystko zdawalo sie tracic naturalne barwy. Malfoy poczul sie nieswojo, ogladajac ten martwy, smutny obraz, a jego cialem wstrzasnal lodowaty dreszcz.
Szybko odwrocil glowe i zamknal szczelnie okiennice, czujac sie w dziwaczny sposob osamotniony. Nie wiedzial jeszcze nawet dokladnie, jakim sposobem sie tu znalazl i czy aby tu nie zostanie.
Malfoy potrzasnal glowa, obiecujac sobie w myslach, ze nie bedzie dopuszczal sie takich dramatycznych mysli.
Zostac tu? Na zawsze z tym aksamitnym spojrzeniem, z przekleta, rozkapryszona Granger, ktora lata jak oszalala po pustym, mrocznym dworku, swirujac i ryczac po katach, a nie powie mu nawet dlaczego? Jakby cos ukrywaly, ona i ta blada idiotka, co mu rano zarcie przyniosla.
Patrzyla sie na niego, tymi szarymi, swietlnymi oczami, jakby chciala cos powiedziec. Otwierala niesmialo drzace usta i po chwili zamykala.
Malfoy odniosl przykre wrazenie, ze Elisabeth uzanala go po prostu za niegodnego tej calej tajemnicy. A on glupi nie jest. Wie, ze to ma cos wspolnego z Granger, ktora zamiast wykorzystac swoj nieglupi leb, to ryczy histerycznie po katach.
A wlasnie, gdzie ta idiotka sie podziala? Trzeba byz niej wykrzesic jakies w miare praktyczne informacje, skoro ona taka niezdolna do odwalenia calej tej roboty z powrotem do normalnosci.
Malfoy przeciagnal sie leniwie, a jego usta, zacisniete z wscieklosci w linijke, rozluzniwszy sie, wygiely sie w drwiacym, pogardliwym usmiechu.
* * *
Chcialo jej sie przerazliwie plakac, choc sama juz nie wiedziala dokladnie dlaczego.
Wszystko ja bolalo, a bladzac po sztucznym, wykreowanym przez Elisabeth dworze, po jego mrocznych, pustych salach usilowala zebrac w kupe rozbiegane mysli. W koncu doszla do wniosku, ze ryczac i w kolko rozpamietujac glebokie spojrzenie Malfoya, tak szczere i hipnotyzujace, nie wydostanie sie z tego nienormalnego swiata, a juz napewno nie sama. Nie da sie unikac Malfoya, a ona musi sie wziac w garsc i przestac ryczec. He he. Latwo powiedziec.
Jednakze, widzac jak Malfoy wychodzi z pokoju, swobodnie i obojetnie, a na jego twarzy gosci czysta ironia i jakby..rozbawienie, przestala przejmowac sie glupimi postanowieniami, a w kacikach jej oczu zalsnily krysztalowe lzy. Natychmiast uciekla, widzac jak Malfoy chce z nia porozmawiac, patrzac na nia szyderczo i obojetnie.
Ale czego ona, glupia, sie w koncu spodziewala? Ze ja obejmie i pocaluje, a swiat znow zawiruje rozowymi barwami? Po swoim slicznym wystepie, kiedy to wyrwala sie gwaltownie i uciekla?
Byla za to na siebie zla, cholernie zla, a na sama mysl o tym krepujacym wydarzeniu, lzy wstydu naplywaly jej do oczu.
A zachowanie Malfoya tylko to pogorszalo. Byl taki swobodny i kpiacy, jakby na wymus, ale byl. I to ja bolalo najbardziej, bo oznaczalo to tyle, ze poprostu sie nia zabawil,rzucil jak zuzyta lalke z pustymi, szklanymi oczami, a jego glebokie, czarne zrenice sklamaly podle, napelniajac jej serce bezsensowna nadzieja.
Hermiona poczula, jak na lazurowe oczy cisna jej sie lzy najszczerszego bolu.
Jaka nadzieja? Ze niby ON ja kochal?
O Boze, ja, Hermione Granger, szlame i nieprzyjaciela, najlepsza przyjaciolke Harry'ego, wroga Malfoya. Przeciez ona go nienawidzila! Nienawidzila go tak bardzo, tego ulizanego, bladego oblicza ze srebrzystymi, stalowymi oczami, z drawiacym usmieszkiem i kpiacymi uwagami.
Nienawidzila jego wyzwisk, nienawidzila szyderczych slow, padajacych jadowicie z czerwonych ust, nienawidzila po prostu calego Malfoya.
Uczucie silnej nienawiści goszczacej w jej sercu, będącej ślepym blaskiem, ktory przeslanial rzeczywistosc, lekko sie romazalo, wysysajac jednoczesnie z jej duszy klujaca pustke.
Uswiadomila sobie w tym momencie, jak bardzo go kocha, i ze nienawisc byla tylko szara maska, ukrywajaca za swym zalosnym obrazem milosc. Hermiona poczula, ze brak jej tchu, a wnetrznosci napelnia uczucie dziwnej lekkosci, jakby ukrywanie przed samym soba milosci bylo czyms potwornie ciezkim i zmudnym. Jakby pozbyla sie okropnie ciezkiego kamienia, dreczacego jej serce, a dusza napelnila sie goracem.
Szybko zamrugala, czujac ciezar krysztalowych lez, sklejajacych jej rzesy.
Uslyszala czyjes energiczne kroki, odbijajace sie echem po pustej sali, w ktorej sie znajdywala.
Nie chciala podniesc zaplakanych oczu i spojrzec prosto w oczy Malfoya. Bala sie ich lodowatego wyrazu, ktory przenikal ja do glebi i wyczytywal z jej zaczerwienionego wzroku wszystkie sklebione uczucia, nawet te najglebsze i najskrytsze, jakby byla przezroczysta.
Odglos krokow ucichl, a Hermiona wyraznie wyczula, ze ktos, a raczej Malfoy, stoi wlasnie nad nia, skulona i ryczaca w najciemniejszym kacie pokoju, i wpatruje sie w nia wyzywajaco.
Minela dluga chwila ciszy, a ona wciaz bala sie podniesc wzrok.
- Granger, wymordowal ci ktos cala rodzine, czy co? -zirytowal sie w koncu Malfoy i zlapal ja gwaltownie za ramie, podnoszac ja na podloge i stawiajac juz delikatniej na ziemi. Hermiona zacisnela mokre powieki, modlac sie w duszy, by nie musiala patrzec mu w oczy.
- No?-ponaglil ja, usmiechajac sie poblazliwie na widok tego zalosnego widoku.
Hermiona wyrwala sie z jego cieplego uscisku, i zakrywajac sie rekoma, pobiegla na druga strone sali, gdzie usiadla nieuwaznie na zimnej, marmurowej posadzce, chowajac ryczaca, zaczerwieniona twarz w skulone rece.
"Boze, co on sobie pomyslal, co ja znowu zrobilam?"-powtarzala ciagle w myslach, lapiac sie goraczkowo za czarne wlosy i nerwowo nakrecajac je na palce. Malfoy stal dalej w ciemnym kacie, patrzac na nia z kamiennym wyrazem twarzy.
Och byla taka glupia, znowu sie wyrwala, bojac sie jego przenikliwego wzroku. Juz sama nie wiedziala co chciala..
Jesli ma to tak wygladac, to jak ma sie stad wydostac, wciaz probujac go unikac? Musi wziac sie w garsc..
Zacisnela piesci, blagajac w myslach, by sobie wreszcie poszedl.
- Skoro chcesz, zebym poszedl..-powiedzial niedbale, jakby czytajac w jej myslach - To ide -dodal z ironia i zatrzasnal za soba wielkie drzwi.
Hermiona natychmiast otworzyla sklejone lzami oczy i popatrzyla z oslupieniem w drzwi. Czyli widac jej uczucia, jest przezroczysta?
Chciala zeby poszedl, chciala zeby dal jej spokoj, chociazby teraz, gdy wydawalo jej sie wszystko takie trudne i skomplikowane. Kiedy uswiadomila sobie, ze go kocha. A on, jakby czytal w jej myslach, poszedl.
Zaczela drzec z zima, czujac ze powraca jej piekacy bol glowy.
Ale przeciez, gdyby umial czytac w jej myslach, to wiedzialby, ze Hermiona z drugiej strony tak bardzo pragnela, by podszedl, zlapal ja delikatnie za reke, przytulil do siebie i pocalowal w slone od lez usta. A moze wiedzial, wyczytal to z bezglosnego placzu, tylko nie chcial po prostu podejsc. Co z tego, kiedy ona go kochala, a on zabawil sie nia tylko? Nienawidzil jej tak samo jak od pierwszego dnia spotkania, jak od calych 6 lat.
Hermiona poczula, jak zapada sie w czarna, niekonczaca sie otchlan, a lzy bolu przeslaniaja jej wzrok. Jak mogla go tak pokochac?
Przeciez on jest jej zupelnym przeciwienstwem, zupelnie innym typem czlowieka.
Nie, nie kochala wcale Rona. Wogole zastanawialo ja, czy kochala go kiedykolwiek. Dzis, w tym momencie, siedzac posrod sztucznego kurzu, w srodku mrocznej, sztucznej sali o marmurowych kolumienkach, podpierajacych barokowe sklepienie, wiedziala juz, ze kochala Malfoya zawsze, a on zawsze jej nienawidzil.
Zlapala sie za obolala glowe, czujac, ze wszystko wiruje jej przed oczami, a wzrok przeslania gesta mgla. Osunela sie na posadzke tak, ze lezala juz prawie na lodowatej podlodze, trzesac sie z zimna, bolu i uczuc. Z otworzonych okiennic padal ukosem srebrzysty blask ksiezyca, a machoniowy, wielki zegar, wybil smetnie polnoc. Uslyszala dziwny, jakby niepewny dzwiek otwieranych drzwi. Byly to inne drzwi, nie te wielkie, rzezbione, przez ktore niedawno przechodzil Malfoy, tylko te ciemniejsze i jakby mniejsze, znajdujace sie po drugiej stronie pustej sali.
Nie wiedzac, kogo kroki odbijaja sie echem po komnacie, Hermiona zacisnela oczy, majac nadzieje, ze jest to wlasnie Malfoy, ktory zbliza sie by ja pocieszac, czy przytulic. Bylo to dosyc nieprawdopodobne, wiec Hermione objal przerazliwy strach.
Zegar wybil po raz dwunasty polnoc, a okiennicami wstrzasnal upiornie wiatr. Hermiona poczula, ze dretwieje, a po jej plecach przebiega lodowaty dreszcz. Ktos sie w nia wpatrywal, czula to, byl tak blisko..
Przeszylo ja niesamowite zimno, a wiatr, pachnacy mgla i jakby duszny, wtargnowszy nagle do pustej komnaty, potargal jej czarne wlosy.
Kroki sie jakby oddalily i przeniosly sie w druga czesc sali. To napewno nie byl Malfoy. Wiedziala to po prostu. Bala sie podniesc wzrok i stanac oko w oko z ta dziwna postacia. Gdyby to byla Elisabeth, dawno by juz przemowila, a nie narazala biedna Hermione na strach.
Hermiona uslyszala niepokojace skrzypienie i odglos, jakby ktos cos otwieral. Przygryzla z calej silej dolna warge, pochamowujac ciekawosc.
I nagle, jakby z glebi podswiadomosci, jakby z dziwnego, glebokiego snu naplynela do jej zdretwialych uszu cudowna, slodka muzyka.
Byla dokladnie taka sama, gdy Elisabeth stala na jeziorze, w blasku srebrzystego ksiezyca, tanczac posrod wirujacych platkow bialego sniegu, opadajacych powoli jej na cialo i gubiacych sie w zlotych lokach. Muzyka byla cudowna, jakby grana z pianina, a Hermiona, zahipnotyzowana i calkowicie nieswiadoma tego co robi, otworzyla oczy i az zaniemowila.
W zatopionej w ciemnosci komnacie, po drugiej stronie, znajdowal sie dziwaczny fortepian, oswietlony przez srebrzysty blask ksiezyca. Caly bialy, ze zloconymi ornamentami, wydawal z siebie delikatne, piekne dzwieki, rozchodzace sie echem po sali. Natomiast przy fortepianie siedzial wysoki, strasznie chudy i mizerny chlopak, ktory gral z obojetna mina.
Hermiona, widzac jego blada twarz, oswietlona przez ksiezyc, zdusila w sobie krzyk. Oczy chlopaka byly przedziwne.
Nie z tej ziemi. Jakby szkliste, puste i bez zycia. Jak u porcelanowej lalki. Wygladalo to na tyle strasznie, by wstrzasnac Hermiona, ktora podskoczyla nagle i stanela jak oparzona przed fortepianem. Przerazila sie jeszcze bardziej, widzac, jak chlopak patrzy sie w nia pustym wzrokiem, grajac jednoczesnie na fortepianie. Melodia jakby ustala. Chlopak przestal grac, a jego szkliste oczy potoczyly smutnym wzrokiem po sali, jakby nie dostrzegajac jej, Hermiony, ktora stala jak wryta zaraz naprzeciwko niego.
Jakis dziwny impuls kazal jej podejsc do chlopaka i wyciagnac przed nim swoja trzesaca sie ze strachu reke.
Dotknela jego bialego policzka i az krzyknela, nie dbajac o to, czy komus jej krzyk przeszkadza czy nie.
Jego wcale nie bylo. Byl tak samo zimny i blady jak Elisabeth, ale dotykajac jego policzka Hermiona nie wyczula w nim zadnego zycia.
Nagle przeszla przez jej obolaly mozg mysl, ze to wlasnie moze byc caly ten ukochany Elisabeth, ktorego zamienila ona w odbicie zwierciadla, zapisane przez czas. I rzeczywiscie tak bylo. Hermiona wydala z siebie zduszony okrzyk i popatrzyla jeszcze raz w jego puste oczy, bez wyrazu i zycia, po czym, krzyczac jak opetana, pchnela wielkie, rzezbione drzwi i wybiegla w ciemny korytarz, jak najdalej od tego calego dziwactwa.
* * *
- Aaa, Granger, co ty do cholery robisz?
Hermiona wpadla wprost na Malfoya, wybiegajac z dziwnej sali, dyszac i trzasc sie z paralizujacego strachu.
Nie bardzo zastanawiajac sie co robi, rzucila sie mu wprost na szyje i wybelkotala cicho, ze sie boi, dlawiac w piskliwym glosie lzy.
Malfoy popatrzyl na nia ze szczerym zdziwieniem na twarzy, po czym usmiechnal sie poblazliwie. Cala Granger. Znowu ryczy.
- Czego sie TAK boisz?- spytal jadowicie, udajac wymuszone zainteresowanie.
Bo w sumie to ciekawe bylo, co ta ODWAZNA gryfonka wyprawia, latajac jak histeryczka po ciemnych korytarzach dworu o polnocy.
Hermiona rzucila mu urazone spojrzenie, uchylajac zalosnie usta, jakby sie wlasciwie zastanawiajac, czego sie boi i co odpowiedziec.
Po dluzszej chwili milczenia, odezwala lamiacym sie glosem:
- Idz tam..-drzacym palcem wskazala mu wielkie, rzezbione drzwi.
Malfoy spojrzal na nia z rozbawieniem, a jego brwi wygiely sie ironicznie ku gorze.
- A co tam niby jest? Biala dama sie schowala i jeczy? -syknal -Myslalem, Granger, ze jestes przyzwyczajona do widoku duchow. No ale mugole nie sa, to i szlamy nie..-dodal jadowicie, usmiechajac sie zlosliwie w bladym swietle ksiezyca.
Hermiona z trudem opanowala wybuch placzu i natychmiast go puscila. Jej oczy byly mokre, zaczerwienione i przerazone.
Poczul jak w glebi duszy, nie sprawia mu to juz przyjemnosci. Wcale nie chcial jej zranic, a jednak, znowu to zrobil.
Malfoy popatrzyl nagle na jej smutny profil ze zdziwieniem i poczul, ze jest mu jej szkoda, a jej bol jest i w pewnym sensie jego bolem.
Dziwne. Bardzo dziwne. Draco zamrugal pare razy, szybko i gwaltownie, jakby to, co poczul bylo ciezka zbrodnia.
Hermiona odwrocila wzrok i zrobila krok ku wyjsciu z ciemnego korytarza. Malfoy czul wyraznie, ze musi dzialac.
- Eeej, a co tam jest? -spytal, lapiac ja za przegub i zmuszajaca do spojrzenia mu prosto w jego czekoladowe oczy.
Hermiona zamrugala szybko, jej oczy zaiskrzyly jakims nieswoim blaskiem, a na buzi pojawil sie rumieniec, zalewajacy jej biala twarz goracym szkarlatem.
- Biala dama siedzi i jeczy -odpowiedziala chlodno, delikatnie uwalniajac swa reke z jego uscisku.
Malfoy poczul sie tak, jakby dostal z calej sily w twarz. On, ktory chcial byc dla niej NAPRAWDE mily, zostal zlekcewazony. W jej mokrych oczach iskrzyla swietliscie ironia pomieszana z wsciekloscia, a na twarzy wstapil dumny usmiech, drwiacy i zlosliwy, a jednoczesnie tragiczny, jak u greckiej maski. Do dlugich rzes przyklejone byly blyszczace w swietle ksiezyca lzy, czyste jak krysztal, a blady podbrodek drzal od placzu. Dwie gorzkie lzy stanely w jej lazurowych oczach, po czym splynowszy po bialym policzku, wyladowaly na jego rekawie. Dracon rozdziawil niemadrze usta, czujac jak w jego sercu szykuje sie przelom, zmieniajacy od tej pory zupelnie jego zycie. Potrzasnal lekko glowa, jak po nocnym koszmarze, by uwolnic sie z jego swiezych wspomnien. Spuscil wzrok. Nie wiele dalo. Wciaz mial przed oczami ryczaca Granger, razem z tym jej tragicznym usmiechem, drzacym podbrodkiem i jej wibrujacym na cale pomieszczenie pieknem wewnetrznym. Jak mozna zmienic kogos tak bardzo jednym, zaplakanym spojrzeniem? Tym sztucznym usmiechem, kryjacym za soba bol i smutek. Malfoy doznal dziwnego uklucia w jego kamiennym, jak dotad nieskruszonym sercu, ze jej potrzebuje. Ze potrzebuje ryczacej Granger, bez ktorej jest nikim. Ona go zmienila, zmienila cale jego zycie, a teraz patrzy mu wyzywajaco w oczy, jak by chciala zawolac "Zobacz, co mi zrobiles! Do jakiego stanu mnie doprowadziles!", tak zeby poczul sie strasznie. Juz sie czul strasznie, wiedzac, ze jej lzy przesiakaja mu skore, gromadzac sie jednoczesnie i naplywajac do jego oczu. On PLAKAL? Chyba snil !
Hermiona przestala sie usmiechac, a jej bialy podbrodek, lsniacy krysztalowymi lzami, zazdrzal jeszcze bardziej, widzac jak w czekoladowych oczach Dracona staja dwie, najprawdziwsze lzy. Natychmiast struchlala, a jej niebieskie oczy patrzyly sie w jego twarz niedowierzajaco.
Hermiona uniosla drzaca dlon i przejechala zimnym palcem po policzku Malfoy, po ktorym splywaly dwie szare lzy, jakby niewierzac w to, co widzi.
- Dra-draco?-spytala ledwo slyszalnym szeptem, uswiadamiajac sobie, ze po raz pierwszy nazwala go po imieniu -Ty placzesz?
Malfoy szybko odwrocil wzrok, trzesac sie z emocji i zimna, przeplatanego piekacym goracem, ktore scisnelo jego dusze. Musi przestac.. Musi.. Przeciez nie moze rozbeczec sie jak dzieciak, ktoremu zabrano zabawki. A jednak nie mogl przestac. Lza gonila za lza, splywajac po jego twarzy i ladujac na zimnej, marmurowej posadzce, lub na jego ubraniu. Dotykal juz plecami drewnianej sciany. Granger wciaz muskala jego policzek, jakby nie zauwazajac, ze to wlasnie przez nia ryczy jak jakas baba. Osunal sie na zimna podloge, pozostawiajac Granger w idiotycznym gescie, z wyciagnieta przed soba dlonia. Schowal glowe miedzy kolana, byle tylko nie zauwazyla tych lez, tych lez pelnych bolu, tesknoty i szarego uczucia, ze jest nikim. Nikim bez niej. Mial szalona ochote wstac, wytrzec jej mokre oczy i sie do niej przytulic, ale duma mu nie pozwalala. Nie moze znowu zrobic z siebie idioty, chociaz i tak juz zrobil.
I wtedy Hermiona, w ktorej emocje buzowaly juz na najwyzszym szczeblu, a sama nie wiedziala, co zrobic, tak bardzo zdezorientowana i pogubiona przez wlasny placz i lzy Malfoya, oraz przez swoj bol i milosc, zlapala go delikatnie za reke i usiadla na podlodze kolo niego, przytulajac sie z calej sily do jego mokrej szyi.
Malfoy, z poczatku skamienialy z wrazenia, oddal jej namietnie uscisk, wtulajac sie w jej pachnace loki.
I nagle, jakby z glebi podswiadomosci, czujac sie jak w przecudnym snie, wyszeptal jej do ucha, nie kontrolujac sie juz zupelnie "Kocham cie", czujac, ze zrzuca z siebie caly ciezar, ze kochal jak od dawna, i wiedzial doskonale, ze ona jego tez. I tym razem wcale nie odskoczyl jak oparzony, nie. Hermiona, ktorej usta zadrzaly w lekkim, niesmialym usmiechu na tle srebrzystej tarczy ksiezyca, popatrzyla mu tylko gleboko w oczy, mowiac cicho:
- Nie sadzilam, ze kiedykolwiek bys mi to powiedzal -tu oczy jej, iskrzace w ciemnosci jak z drobinkami srebra, zwilgotnialy, a ciepla lza splynela po policzku, ladujac na piersi Dracona. -Ja ciebie tez, i prosze cie, nie ran mnie juz -dodala z glosem scisnietym ze wzruszenia, a Malfoy poczul sie naprawde szczesliwy.
Nikt go nie kochal. Nikt, nigdy. Tylko ona. I szczerze, widzial to w jej roziskrzonym spojrzeniu, w jej drzacym usmiechu. To mozna bylo wyczuc, ze kochala go naprawde, mimo jego wad i zlosci. Malfoy pocalowal delikatnie jej slone usta, czujac, ze traci czucie w nogach.
Lezeli tak, na zimnej podlodze, posrod mroku nocy. Tak pieknej nocy. Posrod milczenia i ciszy, przerywanymi odglosami pocalunku.
Hermiona wpatrywala sie w niego, z malujaca sie na twarzy czuloscia i troska, a od jej blyszczacego spojrzenia bilo niesamowite cieplo, ktore
dzialalo na Malfoya jak kojacy wszystkie bole lek. Nagle, jak we slodkim snie zmieniajacym sie stopniowo w koszmar, stanela przed oczami Dracona jego matka i ojciec. Oboje, z rozognionym spojrzeniem, iskrzacym wsciekloscia.
Malfoy szybko wtulil sie w Hermione, nie chcac, by koszmar ogarnal nim calkowicie. Co z tego ze ja kochal? Czy bylo w tym cos zlego?
Mial gleboko w dupie, co pomysli sobie ojciec, jesli sie juz kiedykolwiek dowie. ONA go zmienila i TYLKO ona go kochala. Ojciec go nie kochal. Chcial zrobic z niego sterowanego robota, do chwalenia sie przed innymi rodami czystej krwi. Draco poczul, jak jego serce zalewa fala gorzkiego buntu. Nie pozwoli sobie jej zabrac. Obojetne, co bedzie w Hogwarcie. Zmienil sie. O tak, zmienil sie tak bardzo, a raczej zmienila go Granger, tym jedynym, zaplakanym spojrzeniem, jakby uswiadamiajac, czego mu wlasnie bylo brak przez cale dotychczasowe zycie. Przez jego 16 przekletych, straconych lat.
Malfoy dotknal delikatnie jej kremowego policzka, blagajac w myslach, by chwila ta trwala wiecznie, a on, zastygwszy razem z nia, z jej dusza i pulsujacym cieplem, siedzial tak w bladym swietle ksiezyca na wieki, nie martwiac sie, co bedzie pozniej. Ze milosc ich nie ma duzych szans na przetrwanie.
I nagle - w tej ciszy i mroku, w tej slodkiej chwili, przepelnionej dwoma spojrzeniami i pocalunkami - Hermiona i Draco uslyszeli tuz nad uchem ostry, przenikliwy krzyk kobiecy. Krzyk pelen bolu, tesknoty i cierpienia.
Hermiona rzucila Malfoyowi przestraszone spojrzenie. Krzyk dobiegal zza wielkich, rzezbionych drzwi, na koncu mrocznego korytarza.
Dziewczyna zlapala sie za obolala glowe. Jak mogla zapomniec o tych pustych, szklistych oczach, blyszczacych smiercia? Zapomniala o calym swiecie, tonac w pocalunku z Malfoyem. A teraz, dzialo sie tam cos. Czula to. Przeszyl ja tak okropny strach, ze zerwala sie na rowne nogi i przez dluzsza chwile drzala, nie mogac zlapac oddechu. Nie byla tez zdolna do wykrzesania z mozgu zadnej mysli poza jedna : Elisabeth! To jej krzyk.
Malfoy potoczyl po niej pytajacym wzrokiem, po czym wstal i wyprostowal sie czujnie.
- Czy to ma cos wspolnego z tym, ze sie wtedy balas? -spytal calkiem trzezwo, ujmujac czule jej drzaca dlon.
Hermiona popatrzyla na niego jakims dzikim wyrazem oczu. Morduja Elisabeth? Czy o co chodzi?
Ten krzyk pelen byl takiej mrozacej krew w zylach grozy, ze nalezalo sie spodziewac, iz teraz przez korytarz przebiegnie jakis upior z siekiera ociekajaca krwia. Dziewczyna zaczela gryzc dolna warge, pilnujac sie, by nie zemdlec.
Poniewaz zaden upior sie nie zjawil, Hermiona odwazyla sie poruszyc glowa. Spojrzala na mroczne drzwi, na koncu dlugiego korytarza.
- GRANGER! -ryknal poirytowany Malfoy -Slyszysz ty mnie wogole?
Hermiona wbila wzrok w ziemie. Nazwal ja po nazwisku. Znowu. Popatrzyla na niego spode lba, oddychajac gleboko i probujac sie uspokoic.
- Ide tam -nie wytrzymal chlopak i zostawil drzaca Hermione, w stanie glebokiego szoku, posrod ciemnosci korytarza.
- Nie ruszaj sie stad -dodal, odwracajac swa glowe ku dziewczynie, nie pochamowujac aksamitnego spojrzenia, wyrazajacego troske.
Notke dedykuje Wszystkim, ktorym sie opowiadanie podoba :]
napisala Magicrose-Hermiona Granger |2005-02-13| 20:29:34|
Jestem zbyt zmęczona by tu być
Stłumiona przez moje wszystkie dziecięce lęki
I jeśli musisz odejść
Chciałabym byś poprostu odszedł
Ponieważ twoja istota ciągle jest tu obecna
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Miałeś zwyczaj urzekania mnie
Swym niesamowitym światłem
Ale teraz związana jestem z życiem, które zostawiłeś za sobą
Twoja twarz, ona nęka me jedyne przyjemne sny
Twój głos, on wygania ze mnie mą psychikę
Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać
Gdybyś płakał obtarłabym wszystkie twoje łzy
Gdybyś krzyczał pokonałabym wszystkie twe lęki
I trzymam cię za rękę przez wszystkie te lata
Ale ty nadal posiadasz mnie całą
Staram się bardzo powiedzieć sobie, że ciebie już nie ma
I chociaż wciąż jesteś ze mną
od samego początku byłam samotna

[tlumaczenie My Immortal-Evanescence]
skomentuj (89)
szablon zrobilam ja, a to oznacza wszystkie prawa zastrzezone.